BLOG UŻYTKOWNIKA - Football Manager


OCENA mocne: 5, słabe: 0
zobacz komentarze

"The American Way" - czyli jak wygrałem wszystko kierując z tylnego fotela.

22-05-2019, 03:14 , Unikalnych wejść: 694 , autor: tts0

Wybrany klub / reprezentacja: Valencia C.F.

Opisywany sezon: -

Poziom rozgrywkowy: -

Wersja gry: FM 2018

WSTĘP

Długo zastanawiałem się, jak podejść do opisania tej przygody, aby jej rozpiętość w FM-owej czasoprzestrzeni oraz brak stosownej dokumentacji owej rozpiętości nie wpłynęły negatywnie na odbiór całej historii, wszak samemu zapomniałem już co najmniej połowę mniej lub bardziej kluczowych wydarzeń, a druga połowa – którą jeszcze jestem w stanie przywołać w pamięci – prawdopodobnie niczego nie powie potencjalnemu Czytelnikowi bez znajomości kontekstu lub zwyczajnie nie posunie narracji w pożądanym kierunku. Na szczęście, w tym konkretnym przypadku od ewentualnych sukcesów i porażek, poszczególnych zawodników, kwot transferowych, ustawień taktycznych etc. ważniejsza jest sama koncepcja przyświecająca tej karierze, dlatego też postaram się ją przedstawić głównie z czysto technicznego punktu widzenia, wplatając gdzieniegdzie „improwizowane” smaczki ze świata gry.

TEORIA

Ci z Was, którzy wystarczająco długo męczą się na tym ziemskim padole, zapewne dostrzegli tendencję, iż wraz z upływem czasu człowiek dystansuje się od wielu spraw, nabiera perspektywy. I tak jak na początku liczy się tylko bieganie za piłką – niczym nieskrępowane, radosne, będące swoistą sztuką dla sztuki, tak z czasem przychodzi fascynacja zagadnieniami taktycznymi, nadającym tej bezładnej bieganinie sztywne ramy prowadzące ku zwycięstwu. Aż wreszcie wyłania się obraz pełniejszy, na którym perspektywa następnego meczu jest ledwie jednym pociągnięciem pędzla w panoramicznej strukturze klubu.

Właśnie tak zostałem FM-owym dyrektorem sportowym.

Drugą kwestią, inspirującą mnie do porzucenia ławki trenerskiej na rzecz dyrektorskiego stołka, była chęć nadania nutki nieprzewidywalności do tej jakże nierównej walki między sztuczną inteligencją i umysłem gracza. Nie jest bowiem tajemnicą, że nawet średnio rozgarnięta osoba musi w końcu pokonać ograniczoność algorytmów, krępującą silnik gry, dlatego wielu z nas nakłada na menadżerskie alter-ego żelazne kajdany mające studzić zapędy do szybkiego i łatwego zaprowadzenia swoich porządków w FM-owym świecie.

Postawiłem więc na ekstremum samoograniczeń, rezygnując ze wszystkich obowiązków, które mogłem - w ten czy inny sposób - przekazać sztucznej inteligencji bez zatarcia sensu samej rozgrywki. Na moich barkach spoczywała jedynie odpowiedzialność za transfery, scouting i sztab szkoleniowy.

Właśnie tak zostałem FM-owym dyrektorem sportowym.

Wraz z moim awansem na ciepłą posadkę, z dala od trenerskiej tablicy również mój asystent zaliczył skok w klubowej hierarchii, stając się nieformalnym menadżerem pierwszego zespołu, odpowiadającym za media, szatnię, trening, ustalanie składu, taktykę i – rzecz jasna – prowadzenie meczów.

O pozostałych ograniczeniach, które stosuję(m.in. ukryte atrybuty), możecie przeczytać TUTAJ.

Wbrew powszechnej opinii, panującej wśród działaczy, którzy swoimi nowatorskimi ideami nie tylko prowadzą nasz futbol ku chwale, ale i pozwalają doszlusować do najlepszych reszcie peletonu z wszelakich Azerbejdżanów, Kazachstanów czy Luksemburgów, budowa zwycięskiego zespołu nie trwa 30 sekund potrzebnych na złożenie podpisu pod kontraktem przez trenera-praktykanta(9-tego w ciągu pół roku); nie trwa też jedno okienko transferowe, w czasie którego wagony szrotu ze wszystkich stron świata zjeżdżają do klubu za łatwym pieniądzem. Taki proces trwa co najmniej 5 sezonów, i to pod warunkiem, że mamy na ten cel odpowiednie środki, a każda nasza decyzja „trafia w dziesiątkę”.

Jak wiadomo, nawet w idealnym świecie, usłanym petrodolarami, nierzadko trzeba czekać dłużej, to co dopiero w szarej rzeczywistości, gdzie zanim jeszcze rozpocznie się budowę, konieczne jest zgromadzenie pieniędzy na „działkę i materiały”?

Generalnie cały ten cykl, będący jednocześnie cyklem życia „produktu”, jakim jest dyrektor sportowy, wygląda mniej więcej tak:

1. Faza pierwsza – gromadzenie środków.

Na tym etapie sprzedajemy wszystko, co się rusza i potrafi w miarę prosto kopnąć piłkę. Jeśli już sprowadzamy jakiegoś zawodnika do klubu, to tylko po to, żeby za chwilę oddać go z zyskiem jakiemuś naiwniakowi. Nie ma co bawić się w sentymenty, bo nawet najlepszy piłkarz na świecie niczego nie zdziała bez dobrej drużyny, której przecież nie mamy.

2. Faza druga – kładzenie fundamentów.

Jeśli w końcu dojdziemy do momentu, w którym na klubowym koncie znajduje się wystarczająca ilość gotówki, by skupić się na wydawaniu, powinniśmy inwestować logicznie, zaczynając budowę od fundamentów, jakimi są młodzi gracze. Nie ma bowiem sensu ładować się w tych o uznanej już marce; raz, że najczęściej swoje kosztują, więc zbyt wielu ich nie kupimy, a dwa – ich blask szybko przygaśnie, a wraz z nim nasze szanse na zwycięstwo.

3. Faza trzecia – dojrzewanie/dozgrywanie drużyny.

Przy odrobinie szczęścia w około 3 sezony powinniśmy stworzyć podwaliny, na których już za chwilę zbudujemy przyszłe sukcesy klubu. Jednak znowu nie przyjdzie to łatwo, a kluczowym czynnikiem będzie czas na rozwinięcie i zgranie młodego zespołu; czas obfitujący w „dawanie drugich szans”, ale i w wymianę wyraźnie niepasujących ogniw, które teraz można zastąpić bardziej doświadczonymi i uznanymi graczami.

4. Faza czwarta – delikatne poprawki i zbieranie plonów.

Jeśli na poprzednich etapach udało nam się dostatecznie dobrze wykonać swoją pracę, prawdopodobnie będziemy mieli pod swoimi skrzydłami ekipę, która przez następne 5-10 lat będzie walczyła o najwyższe cele. Oczywiście nie należy zapominać o ciągłym jej ulepszaniu przy każdej możliwej okazji, choć to stanie się coraz trudniejsze i bardziej kosztowne.

Rzecz jasna nawet perfekcyjne przebrnięcie przez wszystkie fazy budowy drużyny nie zagwarantuje trofeów, wszak zawsze ktoś inny mógł mieć ku temu jeszcze lepsze warunki, więcej szczęścia etc., jednak żeby w ogóle ocenić pracę dyrektora sportowego, trzeba dać mu możliwość „zrobienia” swojej roboty.

PRAKTYKA

Faza pierwsza.

Niestety, w nieśmierdzącej groszem Walencji nie miałem komfortu pominięcia fazy pierwszej, dlatego jakiekolwiek marzenia o dekorujących pierś medalach trzeba było odłożyć w czasie i zabrać się ostro do robienia hajsu. Nie mogłem jednak po prostu odpuścić i błąkając się w okolicy strefy spadkowej spokojnie liczyć pieniądze z kolejnych transferów. Raz, że działacze i kibice „Nietoperzy”, zaślepieni gasnącym blaskiem dawnej chwały, nie chcieli dopuścić do siebie myśli, jakoby Walencja była klubem ledwie przeciętnym, a dwa – po prostu nie dało się zbić fortuny na graczach, którzy tę przeciętność firmowali swoim nazwiskiem. Byliśmy więc „skazani” na coroczną walkę o puchary, nie mając ku temu zbyt wielu argumentów.

Dlatego musiałem się odwołać do filozofii „Moneyball”, stawiając na graczy niechcianych, niedocenianych, pozornie słabych, jednak dających odpowiednią jakość, którą dostrzec można było jedynie po zagłębieniu się w ich statystyki.

W tym celu stworzyłem odpowiednie „panele widoku”, w których umieściłem wszystkie interesujące mnie statystyki, a następnie co jakiś czas(mniej więcej 3 miesiące w grze) filtrowałem dane w poszukiwaniu gości, mogących za pół darmo zapewnić drużynie odpowiedni poziom.

Te same statystyki były – rzecz jasna – również świetnym narzędziem do ewaluacji własnych zawodników.

Co ciekawe, to podejście – przez wielu uważane za maszynkę do robienia pieniędzy – prawie nigdy bezpośrednio nie pozwoliło mi na zarobienie tychże. Pierwszy solidny hajs(57 milionów €uro) otrzymałem za Florentina Comana, kupionego za 15,5 „bańki”, którego nie wynalazła żadna „Moneyball”, tylko scouci. I tak było chyba za każdym kolejnym razem.

Jeśli ktoś jest tym zdziwiony, to nie ma pojęcia o „Moneyball”, u której podstaw nie leży zarabianie, a budowa jak najlepszej drużyny przy jak najniższych kosztach. I tę rolę znakomicie w Walencji spełniła, a o takich graczach jak niedoceniani Durm, Donsah, Grujic, Wilson; jak skreśleni „emeryci” Felaini, Zapata, Giroud, Sturridge nie zapomnę długo. Ci, których nazwiska gdzieś mi uciekły, też dawali radę w czołówce La Liga, grając często za jakieś śmieszne 500 tys. €uro rocznie.

Równie ważnym aspektem co rekrutacja zawodników jest rekrutacja menedżera pierwszego zespołu(a w tym przypadku formalnie asystenta), który oprócz posiadania przymiotów oczywistych, jak dobra ocena umiejętności i potencjału zawodników, kierowanie zespołem, motywowanie, kontakty z mediami, czy wiedza taktyczna, musi pasować do aktualnej filozofii klubu(np. nie zatrudniamy gościa, którego styl gry wymaga wielkich gwiazd, jeśli tychże nie mamy).

I tutaj właśnie warto się skupić na tymże stylu gry, i powiedzieć sobie kilka słów o ustawieniach taktycznych i ich wpływie na kształt zespołu. Przykładowo – przy bardzo dziś popularnej 4-2-3-1 absolutnie kluczową pozycją jest „dziesiątka” i jeśli nie masz tam gracza naprawdę wielkiego formatu, to nie masz czego szukać; z kolei przy 4-3-3 raczej polegniesz bez wysokiej klasy kompletnego napastnika i potrafiących się włączyć do ataku bocznych obrońców. Oznacza to – nie mniej, nie więcej – że zatrudnianie menedżerów grających w ten sposób pociągnie za sobą duże wydatki na zawodników. Bo niby ile jest na świecie solidnych „dziesiątek”, czy kompletnych napastników do wyjęcia za bezcen?

Dlatego w „trybie oszczędnościowym” trzeba postawić na filozofię „Moneyball” również przy wyborze stylu gry, tj. wybrać taki, który jak najmniejszym kosztem pozwoli uzyskać jak najlepsze wyniki. Tutaj bezsprzecznie wyścig wygrywa stare, poczciwe 4-4-2, które nie wymaga od zawodników niczego oprócz podstawowych umiejętności(obrońcy mają bronić, pomocnicy walczyć, skrzydłowi – oskrzydlać, a napastnicy – strzelać bramki). W końcu nie bez przyczyny to ustawienie było(i chyba nadal jest) najpopularniejsze w futbolu licząc wszystkie szczeble rozgrywkowe. Jakby tego było mało, akurat w FM-ie pozwala ono na osiąganie z przeciętną kadrą wyników ponad stan(ważne: w przypadku „zbyt dobrych” zawodników efekt jest najczęściej odwrotny). Czyli jesteśmy w domu.

Wybór padł więc na Brazylijczyka, Zinho. Prawdopodobnie jego nazwisko niczego nie mówi europejskim kibicom, ale w ojczyźnie jest to prawdziwy „ktoś”, który w życiu nie jedno wygrał(m.in. MŚ ’94). Jego kariera trenerska może nie jest już tak imponująca, jak ta boiskowa, ale na pierwszy rzut oka gość miał wszystko, żeby sprawdzić się w obecnej Walencji. Po pierwsze – dobre atrybuty bazowe; po drugie – preferuje dość elastyczne 4-4-2, co idealnie wpisywało się w naszą filozofię; po trzecie – był lepszym piłkarzem niż wszyscy obecni gracze „Nietoperzy” razem wzięci.

Do końca o stanowisko nieformalnego menedżera pierwszego zespołu walczyli też Ryan Giggs i Roy Keane, czyli legendy mojego ulubionego klubu. Ten pierwszy okazał się jednak zbyt zachowawczy, a ten drugi – zbyt prymitywny(jakież zaskoczenie!).

Zinho przetrwał na stołku nieco ponad 3,5 roku. Oczywiście niczego nie wygrał, ale doskonale wypełnił swoją rolę, zajmując z tym składem węgla i papy kolejno 4, 6 i 5 miejsce. Co ciekawe, w tym samym czasie moje dyrektorskie alter-ego zostało zwolnione… 3 razy! Dzisiaj już wiem, że do zabawy w FM-owego dyrektora sportowego potrzebny jest In-game editor, a konkretnie opcja uniemożliwiająca zwolnienie(choć nie tylko), bo zawsze może wydarzyć się coś niespodziewanego, ale, kurwa, czego oni oczekiwali? Że wygramy Ligę Mistrzów z budżetem transferowym milion €urosów rocznie? Parodia.

Tym niemniej, przyszedł i czas na Brazylijczyka. Po trzecim zwolnieniu mojego alter-ego postanowiłem przyjrzeć się jego pracy nieco głębiej, bo choć zawsze dotychczas bronił go wynik końcowy, zespół miewał przestoje, w czasie których brakowało tego „czegoś”; zawodnicy grali bojaźliwie, zachowawczo, sprawiali wrażenie stłamszonych, i gdyby tylko pozwolić na odrobinę szaleństwa, wiele przegranych meczów mogliśmy wygrać. A że nie wygrywaliśmy już od blisko 2 miesięcy, to nie miałem prawa liczyć na kolejny filmowy happyend pod wodzą tego treneiro.

24 marca 2021 roku na ławce trenerskiej Walencji zasiadł nowy, nieformalny menedżer pierwszego zespołu(de facto asystent), Mark Zimmermann, dotychczas pracujący w niemieckim III ligowcu, Carl Zeiss Jena. Już dzień później poprowadził drużynę do sromotnej klęski w 1/16 LE przeciwko Arsenalowi, by za chwilkę oddać bez walki wyjazdowy pojedynek z bezpośrednim rywalem ligowym z San Sebastian.

No, a potem zaliczył bilans 10-2-0, ładując każdemu przegrańcowi minimum 2 bramki(!), co pozwoliło nam skończyć ten niemal przegrany sezon na 5 miejscu. Więc jednak wnioski co do pracy poprzednika okazały się słuszne, a powierzenie drużyny bardziej odważnemu menedżerowi(nastawienie – ryzykowne, styl gry – bezpośredni) wyzwoliło w tych zawodnikach piłkarskie potwory.

Kolejne sezony to kontynuacja dobrej pracy Niemca. Najpierw minimalna przegrana w walce o LM(5 miejsce), potem najniższy stopień podium i porażka po karnych w finale LE z naszpikowanym gwiazdami Manchesterem City(byliśmy lepsi – jak to zwykle bywa w FMie). Aż w końcu piękny sen o krajowym dublecie przerwany… brakiem In-game editora.

29 stycznia 2024 roku nasz wspaniały, nieformalny menedżer pierwszego zespołu(de facto asystent), Mark Zimmermann, ODCHODZI do II ligowego Deportivo, by pełnić rolę faktycznego menedżera pierwszego zespołu drużyny z La Corunii. Bez edytora nie mogłem nic zrobić, i wkurwiło mnie to jeszcze bardziej, bo właśnie po raz pierwszy zainwestowałem większe pieniądze(ok. 50 milionów €uro) w dwie perełki, które niedługo później stały się jednymi z lepszych zawodników na swoich pozycjach.

Oczywiście od razu postanowiłem załatać dziurę po Niemcu gościem o takim samym profilu taktycznym, jednak brakowało tej „chemii”, drużyna nieco osiadła, przez co na finiszu sezonu wyprzedził nas Real Madryt. Na osłodę do gabloty wpadł Puchar Króla – trofeum, którego nikt nie traktuje poważnie.

Kilka następnych lat to nostalgia i próba znalezienia drugiego Zimmermanna – z perspektywy czasu zupełnie niepotrzebna i absurdalna, bo Rudy Mater, któraś już z kolei „reinkarnacja” niemieckiego menedżera, poradził sobie znakomicie(jeśli tak to można nazwać), dwa razy z rzędu przegrywając walkę o mistrzostwo w ostatniej kolejce; za drugim razem po cudzie w Barcelonie, gdzie miejscowi w doliczonym czasie gry meczu z Almerią(92 i 93 minuta) wyciągnęli wynik z 1:2 na 3:2 i tym samym wyprzedzili nas o jeden punkt.

Pamiętam, że wtedy byłem wściekły; ciągle myślałem, „Zimmermann by to wygrał”, ale dzisiaj przyznaję – Rudy Materze, wykonałeś z tym zespołem WSPANIAŁĄ robotę! Przecież tam nie było pół piłkarza, a ty dwa razy stałeś o krok od mistrzostwa La Liga. Na pamiątkę screen z profilem Francuza.

No właśnie, a dlaczego nie było w tym czasie w klubie nawet pół piłkarza? A bo podczas tych dwóch vice-mistrzowskich kampanii rywale z całego świata wykradli nam czterech absolutnie kluczowych zawodników(w tym dwie wspomniane wcześniej perełki) za łączną kwotę prawie 500 milionów €uro!

I tak późną wiosną 2027 roku zakończył się pierwszy etap budowy drużyny.

Faza druga.

Wróćmy na chwilę do rozważań taktycznych. Jak już wcześniej pisałem, formacja 4-4-2 pozwala wycisnąć z przeciętniaków „150 procent”(na co poprzednie sezony dostarczyły wystarczających dowodów), jednak z racji swojej prostoty nazbyt ogranicza zawodników o nieco wyższych umiejętnościach. Również sama jej konstrukcja nie sprawdza się na tym najwyższym poziomie; dwójka środkowych pomocników zwyczajnie nie ma szans przeciwko topowemu rywalowi, grającemu w tej strefie trójką. Oczywiście, to nie oznacza, że nie będzie pojedynczych meczów, czy nawet dwumeczów, w których z takim przeciwnikiem wygramy, jednak tryumf w Lidze Mistrzów wymaga czterech takich zwycięstw z rzędu. Nierealne.

Decydując się na zmianę stylu gry musimy – rzecz jasna – brać pod uwagę, jakich zawodników już w kadrze mamy i jakich planujemy ewentualnie sprowadzić, lecz w przypadku FM-a(szczególnie w późniejszym stadium kariery) możemy posilić się – jak to nazywam – tendencjami świata gry. Podobno silnik Football Managera potrafi wyłapywać trendy panujące w danym uniwersum(np. czy wygenerowało/wygeneruje się wielu znakomitych kompletnych napastników) i dostosowywać do nich preferencje menedżerów. A zatem, ci trenerzy, którzy odnoszą w świecie gry wymierne sukcesy, muszą mieć jakiś punkt wspólny z panującymi tam tendencjami. Warto więc przyjrzeć się, jak grały/grają najsilniejsze ekipy.

Tak też zrobiłem, co pchnęło mnie do postawienia na formację 4-2-3-1, w której absolutnie kluczową pozycją jest „dziesiątka”. To wiązało się z pożegnaniem niedocenianego, ale i nieocenionego Rudiego Matera, którego na stanowisku nieformalnego menedżera pierwszego zespołu(de facto asystenta) zastąpił Pedro Tiba; gość grający obecnie w Lechu Poznań. Na nieszczęście, w tym uniwersum Portugalczyk nie miał okazji zawitać do naszego pięknego kraju, a więc i nie zgłębił tajników najwspanialszej myśli szkoleniowej – Polskiej Myśli Szkoleniowej.

Za ruchami w sztabie trenerskim poszły też ruchy na rynku transferowym, na którym miałem do wydania ponad pół miliarda €uro. Nie szalałem jednak z gwiazdami, wiedząc, że to dopiero początek drogi.

Jeśli ktoś miał obawy, że całkowita zmiana stylu gry i dość awanturnicza polityka transferowa mogą przynieść odwroty do zamierzonego skutek, to bardzo szybko mógł usiąść głęboko w fotelu i ze spokojem śledzić poczynania „Nietoperzy”. Przez pierwsze pół roku straciliśmy tylko 4 punkty w lidze(wyjazdowy remis z Realem i wyjazdowa porażka z Barceloną), nierzadko masakrując rywali różnicą 5-6 bramek. Nawet mocna Chelsea przyjęła „piątkę” na Stamford Bridge w fazie grupowej LM.

W drugiej części sezonu trybiki tej wspaniałej maszyny nieco się przytarły, a szybkie odpadnięcie z LM(1/8 finału z AS Monaco) na pewno nie pomogło wznieść się drużynie na wyżyny motywacji. To jednak wystarczyło do zgromadzenia 92 punktów i ZDOBYCIA MISTRZOSTWA La Liga! NARESZCIE!

Kolejny sezon był tylko potwierdzeniem, że jesteśmy na dobrej drodze. Drugie mistrzostwo z rzędu(90 punktów w La Liga), minimalna przegrana rezerwami w finale Copa del Rey i półfinał Ligi Mistrzów, w którym znowu lepsze okazało się AS Monaco. Na osłodę wpadł też Superpuchar… ale kogo to obchodzi?

Przygotowania do trzeciego sezonu pod rządami Pedro Tiby przebiegały – jak zwykle – pod znakiem stopniowej wymiany najsłabszych ogniw na te lepsze, gdy nagle w dniu moich urodzin(w świecie gry) znów zostaliśmy bezczelnie okradzeni! Szczęśliwie(jeśli można tak powiedzieć), tym razem nie chodziło o odejście naszego nieformalnego menedżera pierwszego zespołu, a o największą gwiazdę, napadziora Kevina Deschampsa. Jeśli miałbym go do kogoś porównać, to powiedziałbym – nieco lepszy Sergio Aguero. Gość, który w 4 lata strzelił dla nas 123 bramki i asystował przy niemal stu kolejnych, wyfrunął do Strasburga za rekordowe 189 milionów €uro(klauzula odejścia)!

I może nie byłoby w tym jakiejś wielkiej tragedii, jednak jedyny potencjalny następca wart uwagi(i żądanych pieniędzy) wybrał – a jakże – francuską Niceę. Zostaliśmy więc bez najlepszego zawodnika zespołu.

Tutaj warto zrobić dygresję w kierunku „wątku francuskiego”, gdzie kasa lała się strumieniami nie tylko w Paryżu i monakijskim Księstwie, ale i w Nicei i Strasburgu, co pozwoliło Ligue 1 dobić do II miejsca w rankingu europejskich ligowych rozgrywek, a samym drużynom okupować czołowe lokaty w rankingu klubów.

Wracając jednak do tego sezonu. Po utracie najjaśniejszej gwiazdy drużyny moja wiara w ugranie czegokolwiek mocno stopniała, więc już zimą wydałem ponad 300 „baniek”(pozdrawiam Psikutasa bez „s”) na lipcowe wzmocnienia. Tymczasem zespół ostatni raz przegrał w lidze 16 grudnia, odstawiając resztę stawki na blisko 30 oczek, dorzucił Puchar Króla, i absolutnie rozjebał fazę pucharową LM, pokonując w drodze do finału kolejno – RB Lipsk, PSG i Chelsea.

Czyżbym wyszedł na kompletnego kretyna?

Faza trzecia.

Niestety w wielkim finale znowu lepsze okazało się to cholerne AS Monaco… lepsze na tablicy wyników, bo na boisku to my mieliśmy z gry więcej(strzał w słupek i dwa razy w bramkarza sam na sam). Wystarczył jeden rzut rożny i festiwal naszej nieskuteczności.

A jednak z czysto fabularnego punktu widzenia ta porażka idealnie wpisuje się w kontekst. W raz z nią zakończyła się bowiem pewna epoka w klubie – epoka zaciskania pasa. „Moneyball” wiele razy była blisko, ale nigdy niczego (wielkiego) nie wygrała… i nie wygra, bo jak pokazuje życie – do zbudowania najlepszej drużyny potrzebujesz najlepszych zawodników.

I tak się jakoś hollywoodzko złożyło, że w podążaniu tą drogą(obraną jeszcze zimą) pomóc miał nam pewien multimiliarder z Malezji, który w ostatniej chwili przebił ofertę jakiegoś bieda-konsorcjum, chcącego położyć łapska na kodach do wypchanego sianem sejfu Valencji C.F.;kodach, których to sprzedaż miała być ostatnim wielkim skokiem Petera Lima na kasę – gościa, który przez te wszystkie lata nie dorzucił do klubu jebanej złotówki!

Po otrzymaniu zapewnienia od naszego nowego dobrodzieja, że jest on w stanie zasypać pieniędzmi nawet krater w Mirnym, wydałem w ostatnim dniu okienka kolejne 150 milionów €uro na czwartego już w naszych szeregach „Galactico”(środkowy obrońca, środkowy pomocnik, skrzydłowy, napastnik), co w normalnych warunkach skończyłoby się złamaniem zasad Finansowego Fair Play. A tak pan Właściciel po prostu wykonał przelew.

Jeśli ktoś naiwnie wierzy, że „pieniądze nie grają”, to jest w wielkim błędzie. Grają – lecz te mądrze wydawane. W całej lidze przegraliśmy tylko raz, w ostatniej kolejce(która oczywiście nie miała już żadnego znaczenia), co w połączeniu z naszymi poprzednimi wyczynami dało ponad półtora roku bez jakiejkolwiek porażki na tym froncie. Na pozostałych frontach jednak kompromitacja. Ledwie ¼ finału Copa del Rey i wpierdol 3:7 w półfinale LM – a jakże – z AS Monaco.

Zestawiając wyłącznie kwoty transferowe z osiągniętymi wynikami każdy miałby prawo być rozczarowany, jednak ja wiedziałem, że jesteśmy mocni i jeszcze ledwie kilka kroków przed nami w drodze na szczyt. Dlatego w kolejnym okienku dorzuciłem dwóch „Galacticos”(środkowy obrońca i środkowy pomocnik) za ok. 200 milionów €uro, by jeszcze usprawnić naszą maszynę. I co ważne, za zużyte, niepotrzebne części dostałem ok. 120 „baniek”. Skończyło się to podwójną koroną oraz spuszczeniem do kibla rekordu londyńskich „The Invicibles”. 38 meczów, 31 zwycięstw, 7 remisów, 0 porażek, 100 punktów i ledwie 10 straconych bramek. Ja pierdole!

Faza czwarta.

Mourinho wiecznie żywy.

I nie mam tu na myśli wyłącznie faktu, że nawet sezon bez porażki nie pozwolił pobić jego rekordu punktowego. Mam raczej na myśli końcówkę tych rozgrywek, w których znowu skompromitowaliśmy się w Lidze Mistrzów(tym razem ¼ finału przeciwko PSG) oraz konsekwencje tej kompromitacji.

Pamiętacie może sytuację z naszym pierwszym nieformalnym menedżerem pierwszego zespołu(de facto asystentem), Zinho? Na pierwszy rzut oka gość robił swoje, ale po głębszej analizie jego pracy uznałem, że są jeszcze w tym zespole rezerwy. Zastąpił go facet, który te rezerwy wyzwolił – i wszystko ruszyło z nieznanym dotąd impetem.

Prawie miliard €uro wydatków transferowych zakończony dwoma wpadkami w LM skłonił mnie do przeanalizowania pracy Pedro Tiby. Podejrzewam, że żadnemu normalnemu człowiekowi nawet by to do głowy nie przyszło. Gościu przez ponad 2,5 roku przegrał w topowej lidze tylko jeden(!) mecz. Co tu, do jasnej cholery, analizować?

Ale ja jestem NIENORMALNY. Więc obejrzałem raz jeszcze wszystkie nasze pojedynki z dwóch ostatnich faz pucharowych Champions League i dostrzegłem to – graliśmy zbyt nonszalancko, na hura, na wiwat; nikt nie myślał o obronie, przez co rywale kontrowali nas, jak chcieli. Czyli problem systemowy.

Wiece, że to zrobiłem, prawda? Zwolniłem trenera, którego nie zwolniłby absolutnie nikt na świecie.

I tak 19 maja 2032 roku, przy dobiegającym zewsząd pomruku niedowierzania, jeszcze bardziej zdziwionego Pedro Tibę zastępuje jego rodak, Rui Faria. Rui to prawa ręka Jose Mourinho; gościu, który podczas ich wspólnej pracy w różnych klubach podnosił niezliczoną liczbę trofeów. Co ważne, nie był tam wyłącznie od przynoszenia kawy i jeżdżenia po zagubioną w klubowych budynkach kosmetyczkę Bossa. Przez te wszystkie lata „przesiąkł” wizją futbolu The Special One, a kto jak kto – ale „Murarz” wie, jak wygrywać w europejskich pucharach.

Był to mój jedyny ruch kadrowy na nadchodzący sezon. Raz, że ciężko byłoby odpalić większą petardę, a dwa – byliśmy po prostu mocni. Na tym etapie miałem już całkowicie wywalone na rozgrywki krajowe(z kronikarskiego obowiązku – znowu dublet, 2 porażki w lidze, jedynym celem była upragniona Liga Mistrzów. Tymczasem w tejże wyszliśmy z grupy ledwie na II miejscu, co zasiało w mej głowie ziarnko wątpliwości i zwątpienia, czy aby na pewno pół roku wcześniej „sufit mi się nie spadł na łeb”?

Na to pytanie niech odpowiedzią będzie quasi-matematyczny bohomaz: RB Lipsk+Manchester United = 12:4. Absolutny gwałt na obu rywalach w dwóch pierwszych kolejkach fazy pucharowej. W półfinałach czekają już na nas 3 drużyny francuskie(oczywiście, że francuskie); trafiamy na tę najsłabszą – Strasburg – w której była gwiazda „Nietoperzy” kopie się po czole od czterech lat. W drugim półfinale pojedynek Goliata z Goliatem – PSG kontra AS Monaco.

Oczywiście finał oglądamy w telewizji, bo eliminuje nas gościu, którego kiedyś olałem, gdyż był za drogi jak na gracza nr 25. Jakby tego było mało, gwoździa do trumny wbija też nasza była superstar.

A słyszeliście tę anegdotę o właścicielu monopolowego, któremu urzędnicy kazali zamknąć sklep, bo był zbyt blisko szkoły? Właśnie podobną lawinę konsekwencji obowiązujących przepisów przeżyłem przed kolejnym sezonem. W zasadzie chciałem tylko wzmocnić boki obrony, bo nasi dotychczasowi zmiennicy odchodzili na „emeryturę”, ale uefowskie zasady odnośnie wychowanków i krajowe przepisy dot. graczy spoza UE spowodowały transferową reakcję łańcuchową, która kosztowała nas… pół miliarda €uro! Na szczęście, pan Właściciel tylko się uśmiechnął i zrobił kolejny przelew.

A zespół… no cóż, tu kończy się ta piękna historia; już nie w hollywoodzkim stylu, nie pokonujemy w końcu naszej „bestii negry” po dreszczowcu w finale. AS Monaco odpada wcześniej, w ½ finału z Manchesterem United. Pokonujemy więc pewnie 2:0 moją ukochaną drużynę, pieczętując zdobycie POCZWÓRNEJ KORONY! Nieco wcześniej, w fazie grupowej dokonujemy krwawej zemsty na Strasburgu(2x 4:0) i wysyłamy sukinsynów do domu. Dominacja absolutna.

PODSUMOWANIE

Zanim jeszcze przejdę do właściwego podsumowania tej wspaniałej przygody, winien Wam jestem kilka wyjaśnień. Po pierwsze – dlaczego w tytule stoi „The American Way”, skoro przez cały czas budowania tej ściany tekstu nie poświęciłem ani jednego słowa na nic związanego z którąkolwiek Ameryką? Otóż, chodzi o samo stanowisko dyrektora sportowego, które nawet jeśli przez Amerykanów wymyślone nie zostało, to w zasadzie przyjęło się od razu jako jedyny obowiązujący model zarządzania zespołem. Przez ponad 100 lat historii amerykańskiego sportu to właśnie General Manager jest na medialnym świeczniku, to właśnie jego w głównej mierze rozlicza się z wyników drużyny. Często kibice danego sportu nawet nie wiedzą, kto jest Head Coachem(trenerem pierwszego zespołu) poszczególnych ekip, za to GM-ów znają wszyscy. W Europie jest oczywiście odwrotnie(tutaj nawet są tacy, co nigdy o stanowisku dyrektora sportowego nie słyszeli), stąd „The American Way”.  

Tytuł jest również nawiązaniem do serii gier studia OOTP Developement, traktujących o amerykańskich sportach(OOTP Baseball, Franchise Hockey Manager), które dają graczowi możliwość prowadzenia zespołu jako General Manager. Dzięki obcowaniu z tymi produkcjami nabrałem zupełnie nowego spojrzenia na poruszanie się po wirtualnym świecie w sportowych grach menedżerskich. Nagle okazało się, że brak konieczności prowadzenia drużyny w każdym meczu z ławki trenerskiej pozwala mi się skupić na innych, znacznie ciekawszych aspektach rozgrywki(jak np. rozwój zawodników, scouting etc.) i co ważniejsze – daje mi możliwości czasowe na ich skonsumowanie, bowiem jeden sezon na stanowisku General Managera to jakieś 2-4 godzinki; jeden sezon na stanowisku Head Coacha – co najmniej tydzień! Dlatego grać można właściwie w nieskończoność; co chwilę ulepszasz, przebudowujesz drużynę, obserwujesz, jak twoi wychowankowie rosną, a przecież za kilka godzin(kilka sezonów) na ich miejsce wskoczą już inni. Grając w tradycyjny sposób zdąży się człowiek znudzić zanim jakikolwiek wychowanek znajdzie się choćby w szerokiej kadrze.

Drugą kwestią wymagającą klaryfikacji jest sposób, w jaki przeniosłem ten model gry na Football Managera. O różnych wpadkach, dziwnych, nieprzewidzianych sytuacjach mogliście przeczytać powyżej; o podziale obowiązków między sztabem szkoleniowym a mną – również. Ale jak z czysto technicznego punktu widzenia sprawiłem, że mój asystent prowadził mecze, grając swoją taktyką, składem, mentalnością etc.? Bardzo prosto – korzystając przed każdym meczem z opcji urlopu w takiej konfiguracji.

A co z aspektem znajomości taktycznej? Przecież de facto nie wiesz, jakie role asystent przydziela danym zawodnikom; nie wiesz, czy gra bardziej płynnie, czy sztywno etc. Zwyczajnie się tym nie przejmowałem i w „taktyczne sloty” ładowałem po prostu domyślne wersje preferowanych taktyk danego menedżera(de facto asystenta). Jak widać – działało.

A co do oceny gry poszczególnych zawodników oraz całego zespołu – korzystałem głównie z pomeczowych raportów analityków, przeglądałem meczowe statystyki w panelu „analiza”, czasem obejrzałem jedną, czy dwie sytuacje z danego spotkania. Pomocny był również mój statystyczny „custom wiev”.

Czas wreszcie na właściwe podsumowanie tej rozgrywki, które zacznę od przedstawienia mini „raportu”, traktującego o sprawach, które w sposób jasny pozwolą ocenić wykonaną przez dyrektora sportowego pracę.

Bilans zysków i strat.

Faza pierwsza – gromadzenie środków(lata 2017-2027).

Przychód transferowy: 596,25 milionów €uro

Wydatki transferowe: 225,55 milionów €uro

Bilans: +370,7 milionów €uro

Najlepsze miejsce w lidze: 2 miejsce

Najgorsze miejsce w lidze: 6 miejsce

Średnie miejsce w lidze: 4 miejsce

Wygrane trofea: 1xPuchar Króla(2023/2024)

Faza druga – kładzenie fundamentów(lata 2027- 2030)

Przychód transferowy: 320,75 milionów €uro

Wydatki transferowe: 305 milionów €uro

Bilans: +15,75 milionów €uro

Najlepsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Najgorsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Średnie miejsce w lidze: 1 miejsce

Wygrane trofea: 3xLa Liga(27/28; 28/29; 29/30); 1xPuchar Króla(29/30); 1xSuperpuchar Hiszpanii(28/29)

Faza trzecia - dojrzewanie/dozgrywanie drużyny(lata 2030-2032).

Przychód transferowy: 223 milionów €uro

Wydatki transferowe: 622 miliony €uro

Bilans: -399 milionów €uro

Najlepsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Najgorsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Średnie miejsce w lidze: 1 miejsce

Wygrane trofea: 2xLa Liga(30/31; 31/32); 1xPuchar Króla(31/32)

Faza czwarta – delikatne poprawki i zbieranie plonów(lata 2032-?).

Przychód transferowy: 132 miliony €uro

Wydatki transferowe: 453 miliony €uro

Bilans: ?

Najlepsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Najgorsze miejsce w lidze: 1 miejsce

Średnie miejsce w lidze: 1 miejsce

Wygrane trofea: 2xLa Liga(32/33; 33/34); 2xPuchar Króla(32/33; 33/34); 1xSuperpuchar Hiszpanii(33/34); 1xLiga Mistrzów(33/34)

Myślę, że uczciwie będzie się wstrzymać z oceną finansową za ostatni okres, jako że jest on nadal trwający, a druzyna ma przed sobą jeszcze kilka ładnych lat gry na najwyższym poziomie(i wcale nie mało graczy do potencjalnej sprzedaży). A zatem można powiedzieć, że w 15 lat wyciągnąłem Walencję z pozycji ligowego średniaka do miana absolutnego dominatora na krajowym podwórku oraz jednego z głównych pretendentów do wygrania Ligi Mistrzów niemal…. za darmo, bo tym de facto są te 12,5 miliona €uro ujemnego bilansu za trzy pierwsze fazy budowania drużyny.

Najdrożej sprzedani piłkarze:

1. Kevin Deschamps – 189 milionów €uro.

2. Phumlani Kanoso – 111 milionów €uro.

3. Suleyman Tekin – 93 milionów €uro.

Najbardziej dochodowi piłkarze:

1. Kevin Deschamps – 175,5 milionów €uro(189-13,5).

2. Phumlani Kanoso – 85,5 milionów €uro(111-25,5)

3. Alex Pinto – 78,25 milionów €uro(120-9,25-32,5)

Najdrożej kupieni piłkarze:

1. Rob Perry – 130 milionów €uro(lipiec 2030 roku)

2. Anders Svendsen – 130 milionów €uro(sierpień 2030 roku)

3. Fedele Quartuccio – 130 milionów €uro(lipiec 2033 roku).

Co ciekawe, gdyby jeszcze bardziej rozwinąć te listy Suleyman Tekin okazałby się jednym z najdroższych transferów In oraz out jednocześnie. A to nie jedyny przypadek powrotu do Walencji po latach; kolejnym jest chociażby Alex Pinto i jeszcze kilku nie wymienionych tutaj. Z kolei bliski powrotu był Phumlani Kanoso, który mógłby się stać najdroższym piłkarzem w naszej historii(ok. 160 „baniek”). Ktoś powie, że chyba jestem zbyt sentymentalny, skoro godziłem się na powroty sporej liczby zawodników, ale to nie byłaby do końca prawda. Ja po prostu miałem szczęście pracować ze znakomitymi scoutami(większość była w klubie od początku), dzięki którym przez naszą drużynę przewinęło się wielu graczy z najwyższej półki; graczy, którzy w danym momencie przerastali ten klub o dwie długości. Dlatego niektórzy ponownie byli niezbędni na Nuevo Mestalla.

Na sam koniec chciałbym uhonorować dwóch legendarnych wychowanków, bez których może i szybciej osiągnęlibyśmy sukces(swego czasu byli bardzo słono wyceniani), ale nie smakowałby on tak samo. Jose Gaya i Carlos Soler spędzili pod moimi skrzydłami odpowiednio 12 i 15 sezonów, w każdym(oprócz ostatniego) będąc absolutnie kluczowymi postaciami na swoich pozycjach(a grali na przeróżnych), a także w szatni(Soler – kapitan, Gaya – vice). Obaj wygrali wszystko na krajowym podwórku; obaj nigdy nie zagrali w innym klubie. Pomniki trwalsze niż ze spiżu.

Temat zamykam stwierdzeniem banalnym – to była absolutnie najwspanialsza przygoda, jaką kiedykolwiek przeżyłem w jakiejkolwiek grze wideo. Nic nie może się z nią równać; żadni giganci zbudowani na fundamentach VII ligowego, amatorskiego klubiku; żadne wdrapywanie się „journeymana” z kartofliskowych odmętów wprost na podium Mistrzostw Świata; żadne zwycięstwa w europejskich pucharach z polskimi drużynami. Po prostu nic. I polecam taką rozgrywkę absolutnie każdemu fanowi serii, bo dopiero z tylnego fotela można prawdziwie docenić piękno świata gry, jaką jest Football Manager.

Co się zobaczyło, to już się nie odrobaczy. Amen.

 


Autor: tts0

KOMENTARZE

LCS


Komentarzy: 432

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2017-01-15

Poziom ostrzeżeń: 1

22-05-2019, 09:16 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się

Świetny tekst, przeczytałem od deski do deski. Na pewno niestandardowy sposób na rozgrywkę, jednak jestem równie pewny, że jest naprawdę ciekawie. Kilka razy sam myślałem o podobnej rozgrywce, ale odrzucały mnie pojedyncze fakty gdzie trzeba wykorzystać edytor, o których w sumie sam wspomniałeś.

Fajnie, że udzielasz się tutaj, bo choć rzadko, to za każdym razem kiedy widzę twój nick to wiem, że czeka mnie świetna lektura o czymś ciekawym, a nie kolejna przekalkowana kariera z kolei. Oby tak dalej! :)

jmk
3. miejsce w Polsce FM 2017. Typer Sezonu 2017/18 - 3. miejsce. Wyróżnienie Fair Play w eliminacjach 4. Edycji RM. Typer Miesiąca - 1. miejsce


Komentarzy: 1091

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Członek Jury 5RM

Ranga sponsorska: Sponsor

Dołączył: 2017-03-09

Poziom ostrzeżeń: 1

22-05-2019, 09:53 , ocenił powyższy materiał: mocne - Genialne, czekałem na to

Bardzo ciekawy sposób na rozgrywkę, nie powiem, że też myślałem by coś takiego spróbować. Mam kilka spostrzeżeń:

- Jak Twój wirtualny menadżer był zwalniany to rozumiem dodawałeś nowego, ale asystent zostawał, nie powinien być to błąd? Wszak skoro poleciał menadżer, a za wyniki odpowiadał de facto asystent to nie powinieneś z miejsca go zwolnić? Mogłaby być nie do końca to Twoja decyzja, bo przecież czasem ponad dyrektorem sportowym jest przecież prezes.

- Minus takiego grania jest jeden spory - faktycznie naszą drużynę prowadzą tylko asystenci, a nie trenerzy. To chyba nam trochę wiąże ręce. W praktyce można grać jako dyrektor sportowy, ciekawe czy SI wprowadzi taką możliwość już pełnoprawnie - z możliwością zatrudniania menadżerów.

Ps. Też gram Valencią, ale to takie "luźne" granie i w FM19, ale bez żadnych ograniczeń, testowa kariera ;)

Rychooo


Komentarzy: 781

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2015-12-03

Poziom ostrzeżeń: 2

22-05-2019, 10:32 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba

Bardzo mi się podoba!Transfery to jest najlepsze co może być w tej grze !

Shrek


Komentarzy: 1228

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Czasowy Ban - Żółta Kartka

Dołączył: 2016-01-21

Poziom ostrzeżeń: 2

22-05-2019, 12:34 , ocenił powyższy materiał: mocne - Dla mnie jesteś Jackiem Cyganem blogowania na MFM

Wspaniały, cudowny tekst, który pokazuje inne spojrzenie na grę. Są rzeczy, z którymi się nie zgadzam, są rzeczy, przy czytaniu których łapałem się za głowę ( wydatki transferowe w ciągu trzech lat ponad 620 milionów) i zaledwie dwie wygrane ligi i Puchar, ale generalnie przyjemnie spędziłem czas czytając tekst.

tts0


Komentarzy: 168

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2015-12-23

Poziom ostrzeżeń: 0

23-05-2019, 00:12

LCS, dnia 22-05-2019, 09:16, napisał:
Świetny tekst, przeczytałem od deski do deski. Na pewno niestandardowy sposób na rozgrywkę, jednak jestem równie pewny, że jest naprawdę ciekawie. Kilka razy sam myślałem o podobnej rozgrywce, ale odrzucały mnie pojedyncze fakty gdzie trzeba wykorzystać edytor, o których w sumie sam wspomniałeś.


Myślę, że nie należy się bać in-game edytora(jeśli się go w ogóle posiada). W serii gier od OOTP Developement(o których wspominałem w tekscie) taki edytor jest od razu dostępny, a mnogość opcji dosłownie powala. W każdym razie, nie trzeba go przecież używać do czitowania(choć jeśli ktomuś to sprawia przyjemnosć, nie mam nic przeciwko); można przy jego pomocy np. znacznie obszerniej rozbudować profil naszego managera - dodać ulubione/nielubiane kluby, lubiane/nielubiane osoby, ulubione ustawienia, tendencje, języki obce, statystyki kariery piłkarskiej etc. Można też złagodzić skutki niektórych irytujących bugów - np. wyleczyć z narzekania na brak gry gościa, który dopiero co podpisał kontrakt jako zaplecze zespołu etc.
Ale - jak widać - można sobie też poradzić bez in-game edytora. Trzeba mieć tylko trochę szczęścia i pamiętać, żeby dać swojemu menedżerskiemu/dyrektorskiemu alter-ego największą możliwą licencję i doświadczenie, oraz zatrudniać na stanowisko nieformalnego menedżera pierwszego zespołu(de facto asystenta) gości, którzy nie mają preferencji do zostania menedżerem z prawdziwego zdarzenia. Wtedy raczej nikt nam ich nie wykradnie.

jmk, dnia 22-05-2019, 09:53, napisał:
- Jak Twój wirtualny menadżer był zwalniany to rozumiem dodawałeś nowego, ale asystent zostawał, nie powinien być to błąd? Wszak skoro poleciał menadżer, a za wyniki odpowiadał de facto asystent to nie powinieneś z miejsca go zwolnić? Mogłaby być nie do końca to Twoja decyzja, bo przecież czasem ponad dyrektorem sportowym jest przecież prezes.

- Minus takiego grania jest jeden spory - faktycznie naszą drużynę prowadzą tylko asystenci, a nie trenerzy. To chyba nam trochę wiąże ręce. W praktyce można grać jako dyrektor sportowy, ciekawe czy SI wprowadzi taką możliwość już pełnoprawnie - z możliwością zatrudniania menadżerów.


ad.1. Nie, gdyż w normalnych okolicznościach nikt nie zwolniłby dyrektora sportowego z takiego powodu, a grając "The American Way" to właśnie dyrektor sportowy jest odpowiedzialny za zatrudnianie trenera pierwszego zespołu. Ja byłem z Zinho zadowolony, więc po prostu dodawałem się do gry jeszcze raz i udawałem, że nic się nie stało... bo de facto nic się nie powinno stać.

ad.2. Masz rację. Raczej nie mamy szans na zatrudnienie Guardioli czy innego Mourinho, ale już "młodych, zdolnych" wannabe menedżerów - jak najbardziej. Mogłem np. spokojnie zatrudnić Juliana Nagelsmanna, po tym jak został zwolniony z Hoffenheim... i tak też zrobiłem, tyle że na stanowisko trenera od ofensywy.
A czy SI kiedykolwiek taką opcję wprowadzi? Patrząc na chujnię, jaką rok rocznie wypuszczają w postaci silnika meczowego, byłoby to wręcz wskazane!

Rychooo, dnia 22-05-2019, 10:32, napisał:
Bardzo mi się podoba!Transfery to jest najlepsze co może być w tej grze !


Transfery i możliwość obserwowania w dłuższym okresie, jak to wszystko się ładnie zazębia. Prawde mówiąc mógłbym zagrać Walencją kolejne 17 sezonów i raczej bym się nie znudził. Jedno pokolenie piłkarzy niedługo odejdzie na emeryturę, więc trzeba będzie ich zastąpić nowym. I tak w koło, Macieju. A cel jest jeden - za każdym razem dotrzeć na szczyt.

Shrek, dnia 22-05-2019, 12:34, napisał(a):
Wspaniały, cudowny tekst, który pokazuje inne spojrzenie na grę. Są rzeczy, z którymi się nie zgadzam, są rzeczy, przy czytaniu których łapałem się za głowę ( wydatki transferowe w ciągu trzech lat ponad 620 milionów) i zaledwie dwie wygrane ligi i Puchar, ale generalnie przyjemnie spędziłem czas czytając tekst.


Chętnie się dowiem, z którymi rzeczami się nie zgadzasz.;)
A co do wydatków, to - patrząc z perspektywy - mogłem sobie nimi bardziej zaszkodzić niż pomóc, bo nie wszystkie wielkie transfery były udane/trafne. Szczególnie rozczarował mnie Perry, czyli lewonożna "reinkarnacja" Wayna Rooneya. Nie to że był złym piłkarzem - bo był fantastycznym - ale zupełnie nam... niepotrzebnym. Przecież w 4-2-3-1 rządzi "dziesiątka"(najlepiej bramkostrzelna), więc raczej tam powinienem sprowadzić gwiazdę w pierwszej kolejności, szczególnie że na brak niezłych napadziorów narzekać nie mogliśmy. A gdy w ostatnim sezonie swój bład naprawiłem(trochę "przez przypadek", o czym wspomniałem w tekscie), to nasza "dziesiątka" strzeliła więcej bramek od naszego "Rooneya".

Shrek


Komentarzy: 1228

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Czasowy Ban - Żółta Kartka

Dołączył: 2016-01-21

Poziom ostrzeżeń: 2

23-05-2019, 10:31

tts0, dnia 23-05-2019, 00:12, napisał:

Chętnie się dowiem, z którymi rzeczami się nie zgadzasz.;)



"Wraz z nią zakończyła się bowiem pewna epoka w klubie – epoka zaciskania pasa. „Moneyball” wiele razy była blisko, ale nigdy niczego (wielkiego) nie wygrała… i nie wygra, bo jak pokazuje życie – do zbudowania najlepszej drużyny potrzebujesz najlepszych zawodników."

bo jak sam w innym miejscu napisałeś: "Rzecz jasna nawet perfekcyjne przebrnięcie przez wszystkie fazy budowy drużyny nie zagwarantuje trofeów, wszak zawsze ktoś inny mógł mieć ku temu jeszcze lepsze warunki, więcej szczęścia etc.,"

Sukces jest wypadkową wielu czynników - między innymi rzeczonego szczęścia - oczywiście im lepszych mamy graczy, tym tego szczęścia potrzeba zdecydowanie mniej, ale.

Baseball to najlepiej opisany sport matematycznie - można w nim zapisać podobno 97% wszystkiego, co dzieje się na boisku. I o ile się nie mylę, to właśnie idea Moneyball pochodzi z baseballu - tylko tam, zespół był budowany nie, by był najlepszy, tylko tak, by przeciwnicy mieli jak największy kłopot z pokonaniem go.

Dlatego Moneyball ma szansę na wygrywanie trofeów, jednak zazwyczaj przychodzi on wraz z uśmiechem fortuny. Ale czy przy innych zwycięstwach, nie jest on również potrzebny?


"Tutaj bezsprzecznie wyścig wygrywa stare, poczciwe 4-4-2, które nie wymaga od zawodników niczego oprócz podstawowych umiejętności ... W końcu nie bez przyczyny to ustawienie było(i chyba nadal jest) najpopularniejsze w futbolu licząc wszystkie szczeble rozgrywkowe. Jakby tego było mało, akurat w FM-ie pozwala ono na osiąganie z przeciętną kadrą wyników ponad stan(ważne: w przypadku „zbyt dobrych” zawodników efekt jest najczęściej odwrotny)."
4-4-2 było pomysłem Arrigo Sacchiego ( z końcówki lat 80), na wszechobecne wówczas 4-3-3. I patrząc na taktykę realną najlepiej wykorzystuje nie poszczególne umiejętności graczy, co ich zgranie i wspólną znajomość. Posiadanie "zbyt" dobrych zawodników, zabija ich indywidualność, ale to już jest kwestią odpowiedniego ustawienia drużyny, nie zaś winą samej taktyki.



Kwestia wyboru zawodników - rozumiem ukrywanie atrybutów i patrzenie na zawodników pod kątem statystyk meczowych, jednak jest to pewna pułapka. Dam przykład. (jako, że nie znam ich pozycji, zakładam, że wszyscy grają na tej samej pozycji)

Czy Oscar Lasa jest lepszym graczem niż Sam Desmet?

Lasa 4,16 dryblingu udanego na mecz a w sumie 216 takich rajdów. Sam Desmet zaledwie 90 i 2,09 dryblingu na mecz. Lasa 34 asysty, Desmet zaledwie jedna. W bramkach już jest przewaga Desmeta - 21 do 19. Podobnie w procencie celnych podań. Przy takim sposobie ewaluacji piłkarzy musisz także wziąć pod uwagę taktykę, w jakiej dany zawodnik funkcjonuje. O tym nie możesz zapomnieć - bo inne statystyki będzie miał skrzydłowy z opcją dryblingu, a inne raumdeuter, czy schodzący napastnik z opcją unikaj dryblingu.

" Często kibice danego sportu nawet nie wiedzą, kto jest Head Coachem(trenerem pierwszego zespołu) poszczególnych ekip, za to GM-ów znają wszyscy."

Nie wiem jak jest w innych dyscyplinach sportowych, ale przez lata w NBA, to trenerzy byli na świeczniku. Fakt, to oni decydowali o tym, kto zasili ich klub, a kto jest niepotrzebny. Chyba od czasów lock outów, to GM, dostawali dużo większą władzę od właścicieli zespołów, co spowodowało sytuację, że GM potrafią rozwalić dobrze funkcjonujący zespół w myśl zasady teraz oszczędzamy, nie licząc się z trenerem, lub nawet więcej, karać trenerów za to, że ... wygrywają i zabierać im dobrze funkcjonujące elementy, by przehandlować za bezcen do innych klubów.

Z drugiej jednak strony nagroda dla najlepszego GM, wskazuje na to, że trendy się odwróciły.


tts0


Komentarzy: 168

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2015-12-23

Poziom ostrzeżeń: 0

23-05-2019, 14:23

@Shrek
Jeśli chodzi o moje stwierdzenie odnośnie "Moneyball", to muszę kategorycznie je podtrzymać i go bronić. "Moneyball" to rzeczywiście koncepcja/filozofia, która pojawiła się w baseballu na początku XXI wieku, ale dość szybko zainfekowała - w mniejszym lub większym stopniu - pozostałe sporty drużynowe. Po dziś dzień nie widziałem drużyny wyznającej tę filozofię, która cokolwiek (ważnego) by wygrała. Prekursorzy z Oakland Athletics osiągali niewspółmiernie dobre wyniki w stosunku do budżetu, ale nigdy nie wygrali World Series(ba, nawet do WS nie dotarli). O całej rzeszy naśladowców lepiej nawet nie wspominać.

Co do statystyk w futbolu, to - rzecz jasna - ważny jest też ich kontekst boiskowy. To jednak nie baseball, który jest w zasadzie jednym, bardzo banalnie wyglądającym stałym fragmentem, powtarzanym w kółko, dzięki czemu możemy z powodzeniem oglądać mecze na "telegazecie"(analizując statystyki) - i często będzie to bardziej ekscytujące niż spędzenie 4 godzin na trybunach. Jednak przy odpowiednim procesie myślowym możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać pewne rzeczy bez znajomości owego kontektsku. Np. w przypadku skrzydłowych, czy ogólnie ofensywnych bocznych pomocników, zdecydowanie ważniejsze od "suchych liczb"(bramek i asyst) są kluczowe podania, celne dośrodkowania, liczba strzałów oraz ich celność. Można mieć tylko 1 asystę na 100 kluczowych podań. Czy to oznacza, że zawodnik jest słaby? Być może, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że jego koledzy z zespołu bezustannie marnują wykreowane przez niego sytuacje. Można też nie strzelić żadnej bramki, oddając dużo celnych strzałów. Ważna jest jednak powtarzalność sytuacji prowadzących do potencjalnej zdobyczy punktowej w klasyfikacji kanadyjskiej. Jeśli kreujesz dużo sytuacji i/lub oddajesz dużo dobrych, celnych strzałow, to liczby w końcu przyjdą. Świetnym przykładem z powyższej kariery jest Simone Zaza - na początku teoretycznie najlepszy napastnik Walencji. Po przeciętnym pierwszym sezonie w drugim zaciął się kompletnie, nie strzelając bramki chyba w 10 pierwszych meczach. Patrząc na to tradycyjne, któs mógłby stwierdzić - gość się nie sprawdził, nie ma chemii, pewnie nie odpowiada mu pogoda lub nie lubi hiszpańśkiej kuchni, ale po zagłębieniu się w statystyki, raporty trenerów, czy przeanalizowaniu miejsc, z których oddawał strzały, nie dało się oprzeć wrazeniu, ze Zaza grał LEPIEJ niż w poprzednich rozgrywkach, tylko miał zajebiście dużego pecha. I rzeczywiście chwilę później zaczął strzelać hurtowo, kończąc sezon z ok. 40 bramkami na wszystkich frontach.

A co do praktyk rozbiórkowych GM-ów, to ma to miejsce wszędzie, nie tylko w NBA. Choć najczęściej wtedy ma to zwiazek z właścicelskim prikazem pt. "chuja z tego będzie, zwijamy interes", ich totalną niekompetencją lub... realną oceną szans na mistrzostwo. Czasami lepiej rozsprzedać dobry zespół, który może i wygrywa, ale realnie ma małe szanse na sukces, niż pozwolić by gracze całkowicie stracili wartość na rynku, a i tak żadnego trofeum nie zdobyli. Ten trzeci przypadek to właśnie moja Walencja.

Kuba199321


Komentarzy: 769

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Ranga sponsorska: Sponsor

Dołączył: 2017-02-28

Poziom ostrzeżeń: 1

27-05-2019, 22:00 , ocenił powyższy materiał: mocne - Doceniam to, co robisz

Świetny tekst, bardzo lubię takie nieszablonowe podejście do tematu. Może sam spróbuję takiego sposobu rozgrywki, musi być ciekawie.

Shrek


Komentarzy: 1228

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Czasowy Ban - Żółta Kartka

Dołączył: 2016-01-21

Poziom ostrzeżeń: 2

28-05-2019, 00:25

tts0, dnia 23-05-2019, 14:23, napisał:
@Shrek
Jeśli chodzi o moje stwierdzenie odnośnie "Moneyball", to muszę kategorycznie je podtrzymać i go bronić. "Moneyball" to rzeczywiście koncepcja/filozofia, która pojawiła się w baseballu na początku XXI wieku, ale dość szybko zainfekowała - w mniejszym lub większym stopniu - pozostałe sporty drużynowe. Po dziś dzień nie widziałem drużyny wyznającej tę filozofię, która cokolwiek (ważnego) by wygrała. Prekursorzy z Oakland Athletics osiągali niewspółmiernie dobre wyniki w stosunku do budżetu, ale nigdy nie wygrali World Series(ba, nawet do WS nie dotarli). O całej rzeszy naśladowców lepiej nawet nie wspominać.


Pytanie, co rozumiemy jako sukces?

Czy budowanie drużyny tanim kosztem by się utrzymała, jest takowym sukcesem?
A czy budowanie drużyny za miliony, po to by wygrała Ligi Mistrzów jest sukcesem, podczas gdy inni wydają miliardy?

Dlatego uważam, że Moneyball to koncepcja, która zakłada, zbudowanie zespołu za stosunkowo niewielkie pieniądze, który ma uzyskać konkretny rezultat - uda się - jest sukces, nie udaje się - sukcesu brak.

tts0, dnia 23-05-2019, 14:23, napisał:

Co do statystyk w futbolu, to - rzecz jasna - ważny jest też ich kontekst boiskowy. To jednak nie baseball, który jest w zasadzie jednym, bardzo banalnie wyglądającym stałym fragmentem, powtarzanym w kółko, dzięki czemu możemy z powodzeniem oglądać mecze na "telegazecie"(analizując statystyki) - i często będzie to bardziej ekscytujące niż spędzenie 4 godzin na trybunach. Jednak przy odpowiednim procesie myślowym możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładać pewne rzeczy bez znajomości owego kontektsku. Np. w przypadku skrzydłowych, czy ogólnie ofensywnych bocznych pomocników, zdecydowanie ważniejsze od "suchych liczb"(bramek i asyst) są kluczowe podania, celne dośrodkowania, liczba strzałów oraz ich celność. Można mieć tylko 1 asystę na 100 kluczowych podań. Czy to oznacza, że zawodnik jest słaby? Być może, ale znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że jego koledzy z zespołu bezustannie marnują wykreowane przez niego sytuacje. Można też nie strzelić żadnej bramki, oddając dużo celnych strzałów. Ważna jest jednak powtarzalność sytuacji prowadzących do potencjalnej zdobyczy punktowej w klasyfikacji kanadyjskiej. Jeśli kreujesz dużo sytuacji i/lub oddajesz dużo dobrych, celnych strzałow, to liczby w końcu przyjdą. Świetnym przykładem z powyższej kariery jest Simone Zaza - na początku teoretycznie najlepszy napastnik Walencji. Po przeciętnym pierwszym sezonie w drugim zaciął się kompletnie, nie strzelając bramki chyba w 10 pierwszych meczach. Patrząc na to tradycyjne, któs mógłby stwierdzić - gość się nie sprawdził, nie ma chemii, pewnie nie odpowiada mu pogoda lub nie lubi hiszpańśkiej kuchni, ale po zagłębieniu się w statystyki, raporty trenerów, czy przeanalizowaniu miejsc, z których oddawał strzały, nie dało się oprzeć wrazeniu, ze Zaza grał LEPIEJ niż w poprzednich rozgrywkach, tylko miał zajebiście dużego pecha. I rzeczywiście chwilę później zaczął strzelać hurtowo, kończąc sezon z ok. 40 bramkami na wszystkich frontach.



I tu znowu ważny jest kontekst i dobrze, że o tym wspomniałeś. Widząc same suche liczby nie jestem w stanie ocenić, czy strzelał, ale bramkarze mu te piłki w cudowny sposób chwytali, czy nabijał liczby strzelając z dystansu nie czyniąc w zasadzie żadnego zagrożenia.

Z drugiej jednak strony, mnie irytytuje strasznie zawodnik, który dochodzi do sytuacji strzeleckich - sam na sam i je w seryjny sposób marnuje.

tts0


Komentarzy: 168

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2015-12-23

Poziom ostrzeżeń: 0

29-05-2019, 13:18

@Shrek
W pewnym sensie się zgadzam, iż sukces może być pojęciem względnym. Często trudniej jest utrzymać naprawdę gównianą drużynę, niż wygrać mistrzostwo z dobrą, ale mnie(przynajmniej w sporcie) interesuje wyłącznie zwycięstwo. I nawet jeśli - dajmy na to - prowadzę drużynę w A Klasie, to moim celem jest awans do "okręgówki"; a jeśli ktoś traktuje to wyłącznie jako okazję do dobrej zabawy, do pokopania z kumplami "po robocie", to ja kogoś takiego nie potrzebuję; jeśli ktoś "nie może" przyjść na trening, bo mu... żona nie pozwala, to ja takiego kogoś nie potrzebuję; jeśli prezes mi mówi, że cieszy się z naszej dobrej gry, ale awansu to on sobie "nie wyobraża"(czytaj - tutaj się tylko bawimy w futbol, na awans nas nie stać), to ja takiego prezesa nie potrzebuję, względnie - nie potrzebuję takiej roboty, bo to jest zwyczajnie bez sensu.
I może ja jestem dziwny, może czegoś nie rozumiem, ale moim zdaniem o to w sporcie chodzi - o bycie najlepszym. I można słuchać takich dyrdymałów, jakie ostatnimi czasy wygadywał Mourinho, że II miejsce z United to jego największe osiągnięcie w karierze, ale mogę się założyć, iż nie zamieniłby żadnego ze swoich 25(chyba aż tylu) trofeów na 25 drugich miejsc z tak gównianym Manchesterem.

@Kuba199321
Polecam. Ale pamiętaj, że z tej drogi trudno zawrócić.;)
Obecnie online: Mahdi
Copyright © 2015-19 by Łukasz Czyżycki