BLOG UŻYTKOWNIKA - Football Manager


OCENA mocne: 4, słabe: 0
zobacz komentarze

Unique in the World #3

06-06-2025, 07:11 , Unikalnych wejść: 377 , autor: Marian

Wybrany klub / reprezentacja: Athletic Club

Opisywany sezon: 2025/2026

Poziom rozgrywkowy: 1

Wersja gry: Football Manager 2024

 

Tam gdzie serce bije w rytmie San Mames

 

Sezon 2025/2026 nie miał być przełomowy. Nie obiecywał fajerwerków, nie przyciągał milionowych transferów ani spektakularnych zapowiedzi. A jednak - jak to zwykle bywa z Athletic - prawdziwa magia kryje się nie w hałasie, lecz w ciszy przed burzą. W wierze. W tożsamości. W drużynie, która gra nie tylko o punkty, ale o honor regionu, który nigdy nie zapomniał, kim jest.

 

To historia sezonu pełnego napięcia, niespodzianek i decyzji, które mogły wszystko zmienić. Opowieść o piłkarzach z krwi i kości, którzy - bez względu na wynik - zawsze wybiegają na murawę z tym samym celem: sprawić, by duma Baskonii rosła z każdym gwizdkiem.

 

Powroty, pożegnania i cena tożsamości

 

W świecie piłki nożnej wszystko płynie - nawet wtedy, gdy wydaje się, że pewne więzi są niezrywalne. Lato 2025 w Bilbao przyniosło właśnie ten rodzaj burzy, który wywraca do górami nogami spokojne serca kibiców. Nie była to rewolucja, ale zmiana, która odcisnęła piętno nie tylko na boisku, ale i w duszy klubu.

 

Pierwszym który zapukał do bram San Mames, był ten, który nigdy naprawdę nie odszedł. Aymeric Laporte, środkowy obrońca uformowany przez Lezamę, wrócił do domu. Bez fanfar, bez spektaklu - z cichą determinacją i poczuciem, że jest winien temu miejscu coś więcej. Jego powrót na zasadzie wolnego transferu był jak list odnaleziony po latach - poruszający, pełen wspomnień i nadziei na nowe rozdziały. Gdy znów założy koszulkę w czerwono-białe pasy, kibice wiedzieli, że defensywa odzyskuje nie tylko doświadczenie, ale i serce.

 

Ale nie samymi sentymentami żyje drużyna. Javi Lopez, lewy obrońca, który wyrósł tuż za wzgórzem, po drugiej stronie baskijskiej barykady, przeszedł granicę, jakiej niewielu się podejmuje - z Realu Sociedad do Athletic. Transfer za 44,5 mln euro był nie tylko finansowym rekordem, ale też symbolicznym gestem. Lopez nie przybył jako zdrajca - przybył jako wojownik, który chce walczyć po właściwej stronie. Młody, dynamiczny, z zadziornością w oczach i wyczuciem przestrzeni, jakiego brakowało od lat.

 

Ale żeby coś mogło się narodzić, coś musi odejść. I tu przyszło pożegnanie, którego nikt, nie chciał wypowiadać na głos. Inaki Williams, żywa legenda ostatnich sezonów, sprinter z duszą Bilbao, powiedział “adios”. Odszedł do Al-Nassr, zostawiając po sobie 84 mln euro i pustkę, której nie da się przeliczyć na żadne liczby.

 

To lato było początkiem nowego etapu. Z Laporte’m wróciła przeszłość, z Lopezem - przyszłość, a z odejściem Williamsa - świadomość, że nawet największe serca mogą bić gdzie indziej.

 

 

Europa nas zweryfikowała - rozdział o Lidze Mistrzów

 

Marzenia mają swoją cenę. W Bilbao wiedzieliśmy o tym od zawsze - każda wielka historia pisana potem, bólem i chwilami, w których trzeba spojrzeć w oczy rzeczywistości. Awans do Ligi Mistrzów był jak nagroda za upór, za wierność ideałom , za granie po swojemu w czasach, gdy “po swojemu” jest towarem coraz rzadszym. Ale Liga Mistrzów nie wybacza słabości. I nie robi miejsca na sentymenty

 

Los nie był łaskawy. Trafiliśmy na rywali, których nazwiska wywołują ciarki - Manchester City, AC Milan, Bayern, Atalanta, Newcastle, Feyenoord, Olympique Marsylia i Legia Warszawa.

 

Pierwsze spotkania pokazały skalę wyzwania. Mimo ambicji, taktycznych założeń i kibiców, którzy wierzyli do ostatniego gwizdka - porażki przychodziły jedna po drugiej. Manchester City rozegrał z nami szachy bez litości, AC Milan zabrał punkty o zostawił frustrację, a Bayern pokazał, co znaczy dojrzałość i automatyzm. Nawet Marsylia i Newcastle, teoretycznie do pokonania, okazali się zbyt twardym orzechem. 

 

Ale nie wszystko było stracone.

 

Na stadionie miejskim Legii Warszawa im. Józefa Piłsudskiego zapanowała euforia, gdy pokonaliśmy gospodarzy - jedyne pełne zwycięstwo, ale smakujące jak złoto. Zawodnicy pokazali, że nawet wśród europejskich gigantów da się znaleźć chwilę, w której to my dyktujemy warunki. Remisy z Feyenoordem i Atalantą również dodały nieco godności - punktów było mało, ale serca pełne walki.

 

Ostatecznie zajęliśmy 31 miejsce - daleko od marzeń, ale bliżej prawdy. Prawdy o tym, jak daleko jeszcze do szczytu. Prawdy o tym, że bez kompromisów i wielkich nazwisk, droga przez Europę jest jak bieg pod wiatr. Ale też prawdy o tym, że mimo wszystko - warto tam być. Dla doświadczenia. Dla nauki. Dla przyszłości.

 

Liga Mistrzów była jak lustro - pokazała, kim jesteśmy. Nie jako gwiazdy, ale jako ci, którzy jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa.

 

 

Superpuchar- duma, która błyszczy mimo porażki

 

Supercopa de Espania - trofeum niby drugiego planu, ale o wadze, którą zna każdy, kto choć raz musiał spojrzeć Realowi lub Barcelonie prosto w oczy.

 

Półfinał z Realem Madryt miał być meczem walki, przetrwania, czekania na swoją chwilę. I właśnie tak było - Oihan Sancet przejął rolę reżysera już w 27 minucie, gdy uderzył pewnie, dając sygnał, że przyjechaliśmy tu nie po zdjęcia pamiątkowe, ale po finał. Gdy po przerwie Oyono wpadł z impetem w pole karne i huknął nie do obrony (52 minuta), cały stadion - choć nie nasz - poczuł echo San Mames. Real był groźny, ale to my dowieźliśmy zwycięstwo. 2:1. Wielki Real pokonany. Nie pierwszy raz, i - miejmy nadzieję - nie ostatni. 

 

Finał z Barceloną był już inną historią. Inny rytm, inne napięcie. Graliśmy odważnie, twardo, z sercem - tak, jak zawsze. Ale Barcelona była skuteczniejsza. Gol dla nas padł po samobójczej bramce Cubrasi’ego, lecz to blaugrana dołożyła dwa gole i ostatecznie wygrali 1:2 - wynik, który boli, ale nie zawstydza. Przegraliśmy, ale z podniesioną głową.

 

Ten Superpuchar nie przyniósł pucharu. Ale przyniósł coś, co w Bilbao liczy się bardziej - świadomość, że jesteśmy w stanie rzucić wyzwanie największym. I że kiedy brakuje nam może klasy, przewagi technicznej czy finansowej - nigdy nie brakuje nam charakteru.

 

 

Copa del Rey - droga przez ogień i łzy

 

W Bilbao zawsze kochaliśmy pucharowe historie. Bo to właśnie one, jak żadne inne, pozwalają marzyć. Copa del Rey to nie tylko turniej - to arena, na której mogą dziać się cuda. I ten sezon 2025/2026 był bliski jednego z największych.

 

Zaczęło się spokojnie. W 3 rundzie czekała na nas Badalona Futur - rywal niżej notowany, ale w takich meczach właśnie czają się pułapki. Nie tym razem. Wygrywamy pewnie 4:0, pokazując klasę i głód.

 

4 runda - Eibar. Sąsiedzi, twardzi, uparci, znający każdy centymetr naszego stylu. I było to widać. Mecz nie był piękny - był brudny, rwany, pełen fauli i niedokładności. Ale wygrywają ci, którzy potrafią przetrwać - 1:0, wymęczone, ale nasze.

 

W ćwierćfinale nadszedł czas na Rayo Vallecano - dynamicznych, nieprzewidywalnych. Mecz otwarty, nerwowy, z akcją przenoszącą się z jednej bramki pod drugą. Ale to my mieliśmy więcej zimnej krwi - 2:1, i już tylko krok dzielił nas od wielkiej sceny.

 

Półfinał z Atletico Madryt przeszedł do historii. Na San Mames zagraliśmy mecz życia - 5:2, piłkarski spektakl, który na długo zostanie w pamięci kibiców. Każda akcja była jak uderzenie młota - szybka, celna, bez litości. Chwilami wyglądało to, jakby Atleti było gościem w naszej bajce. Rewanż? 0:1, ale bez większego znaczenia - swoje zrobiliśmy wcześniej. I wtedy, kiedy trzeba.

 

 

Finał. Civitas Metropolitano. Przeciwko Realowi Madryt

 

Atmosfera była gęsta jak mgła w porcie w Bilbao. Ale nie było czasu na nerwy - już w 9 minucie Xabier Santos pokonał bramkarza Realu i dał nam prowadzenie. Marzenie zaczęło pachnieć rzeczywistością. Przez ponad godzinę utrzymywaliśmy wynik, walcząc jak równy z równym. Aż przyszła 77 minuta - rzut karny dla Realu, wyrównanie. Dogrywka.

 

Czas płynął jak przez palce, każdy sprint kosztował więcej niż zwykle. I gdy wydawało się, że dojdzie do rzutów karnych - Real uderzył w 118 minucie. Jak złodziej w nocy, który czeka, aż zgaśnie ostatnie światło. 1:2. Koniec. Nie tym razem.

 

Ale nie było w nas żalu. Była duma. Bo zagraliśmy jak wielcy. I choć puchar został w Madrycie, to serca kibiców z całej Hiszpanii wiedziały, kto naprawdę wygrał coś więcej niż mecz. Nie zdobyliśmy pucharu - ale zdobyliśmy szacunek.

 

 

La Liga - twierdza San Mames i marsz po chwałę

 

Gdy ligowy sezon rozkręcał się na dobre, nikt nie mówił o nas jako o faworycie. Mieliśmy być solidni, waleczni, trudni do złamania - ale niekoniecznie spektakularny. Tyle że nikt nie przewidział jednego: ta drużyna zahartowała się w ogniu i zaczęła walczyć.

 

San Mames stało się twierdzą. Miejscem, gdzie nawet najwięksi musieli walczyć o każdy metr boiska. Tylko jedna drużyna wywiozła stąd komplet punktów - Barcelona. Porażka 1:2 bolała, bo przyszła w meczu, który mogliśmy zremisować. Ale też dała coś cenniejszego - świadomość, że potrafimy stawić czoła każdemu. I więcej takich strat u siebie już nie było.

 

Sezon nie był pozbawiony napięć, ale jeśli jest coś, co kibice zapamiętają na zawsze, to derby vasco. Dwumecz z Realem Sociedad był nie tylko kwestią punktów - to była sprawa honor, dumy, i dominacji na północy. Najpierw 2:1 na wyjeździe, gdzie pokazaliśmy cierpliwość i skuteczność, a potem - prawdziwa fiesta. 5:2 na San Mames.

 

Ale prawdziwa historia zaczęła się 1 lutego. Od tego momentu nie przegraliśmy już żadnego z 16 ostatnich meczów sezonu. Niezależnie od rywala, stadionu, kontuzji czy rotacji - ta drużyna była jak dobrze naoliwiona maszyna. Każdy punkt był jak cegła układana w mur - mur, który ostatecznie wyniósł nas na 3 miejsce w tabeli.

 

To był sezon, który przypomniał Hiszpanii, czym naprawdę jest Athletic Club. Nie klubem z modnymi transferami. Nie produktem dla mediów. Tylko zespołem z krwi, kości i żelaza - wykuwanym przez lata w cieniu gór, z dumą, której nie da się kupić. Podium. Trzecie miejsce. I znowu - Europa czeka.

 

Statystyki zespołu - liczby, które mówią same za siebie

 

Sezon 2025/2026 zapisze się w annałach klubu nie tylko emocjami, ale i twardymi liczbami, które pokazują, jak bardzo Athletic urósł w tym roku. Choć nie zdobyliśmy trofeum, to każdy mecz, każda minuta i każde podanie budowały zespół, który dziś nie patrzy już tylko w górę - on jest w czołówce.

 

Zespół podsumowanie sezonu

 

  • La Liga: 3 miejsce

  • Mecze ligowe bez porażki (od 01.02.): 16

  • Domowe porażki: tylko 1 (1:2 z FC Barceloną)

  • Zwycięstwa z Realem Sociedad: 2 (2:1 i 5:2)

  • Supercopa: finał (2 miejsce)

  • Copa del Rey: (2 miejsce)

  • Liga Mistrzów: 31 miejsce, 1 zwycięstwo, 2 remisy, 5 porażek

  • Żółte kartki: 61 kartek

  • Najwyższa frekwencja: 6 miejsce 49,603

 

Zawodnicy - liderzy i odkrycia

 

Najlepszy strzelec: Oihan Sancet

  • 18 bramek (14 w La Liga, 1 w pucharze, 2 w Europie)

  • Mózg ofensywy. Potrafił zarówno rozgrywać, jak i kończyć akcje. Sancet to zawodnik, który brał ciężar gry na siebie, zwłaszcza w najtrudniejszych momentach

 

Lider defensywy: Aymeric Laporte

  • powrót do domu i od razu kapitańska postawa

  • Najwięcej wygranych pojedynków główkowych w zespole

  • Wniósł doświadczenie, spokój i organizację, której brakowało w poprzednich sezonach

 

Objawienie sezonu: Igor Oyono

  • 15 goli 

  • Niesamowita dynamika oraz odwaga, jakiej nie da się wytrenować

  • Piłkarz, który przebojem wdarł się do jedenastki i serc kibiców

 

Bramkarz sezonu: Unai Simon

  • 14 czystych kont w lidze

  • Obrony kluczowych strzałów w meczach z Atleti, Sociedad, Betisem

  • Spokój, refleks, pewność - gotowy do reprezentacji

 

Najlpeszy boczny obrońca: Javi Lopez

  • 8 asyst, 2 gole

  • Przebojowy, ofensywy, nieustępliwy w defensywnie

  • Szybko stał się ulubieńcem trybun - 44,5 mln euro

 

Super-rezerwowy: Juan Vacas

  • 10 bramek z ławki

  • Niezawodny, gdy trzeba było odmienić losy spotkania

  • Cichy bohater wielu meczów

 

Athletic Club nie miał “galacticos” - miał drużynę. Każdy z tych piłkarzy - od weterana po młodzika - wniósł coś do tego niezwykłego sezonu. A jeśli sezon 2025/26 był zapowiedzią czegoś większego… to kolejny rozdział tej historii dopiero się pisze.

 

A co słychać w Lezamie?

 

Bo Bilbao to nie tylko stadion. To też Lezama - miejsce, gdzie z chłopców wyrastają lwy. I ten sezon udowodnił, że przyszłość jest już wśród nas.

 

Do pierwszej drużyny przebili się trzej wychowankowie, którzy nie tylko wypełnili koszulki z numerami, ale też dali sygnał, że są gotowi do walki o więcej.

 

  • Hugo Rincon - dynamiczny prawy obrońca, nieustępliwy w defensywie, odważny w ofensywie. Pokazał że nie boi się żadnego skrzydłowego - ani w lidze, ani w Europie.

 

  • Gaizka Alboniga-Menor - środkowy pomocnik, typowy “pracownik cienia”. Nie błyszczy, ale każdy trener chciałby mieć go w składzie. Odpowiedzialny, silny mentalnie, perfekcyjny w pressingu.

 

  • Kike Moreno - i na koniec nasza wschodząca gwiazda. Zaledwie 17 lat, ale gra z pewnością i dojrzałością godną weterana. Ma technikę, przegląd pola i ten błysk, który sprawia, że trybuny wstrzymują oddech, gdy ma piłkę przy nodze. To zawodnik, o którym wkrótce usłyszy Hiszpania.

 

Lezama znów daje owoce. I wygląda na to, że kolejne pokolenie lwiątek już puka do drzwi.

 

Zakończenie - Bilbao nie marzy. Bilbao pracuje.

 

Sezon 2025/2026 był jak długa podróż przez wszystkie oblicza futbolu. Były tu chwile chwały, dramatyczne końcówki, niezapomniane derby i finały, które smakowały słodko-gorzko. Ale nade wszystko - był to sezon, który zbudował coś trwałego.

 

Nie zdobyliśmy żadnego trofeum. Ale zdobyliśmy coś więcej - tożsamość, która zaczęła bić mocniej niż kiedykolwiek. Zespół, który jeszcze rok temu walczył o Europę, dziś melduje się na podium ligi, gra w finałach, rzucamy wyzwanie Realowi, Barcelonie, Atletico. I robimy to z zawodnikami wychowanymi w Lezamie, z duszą baskijską, z sercem bijącym w rytm San Mames.

 

To był sezon rozwoju, Sezon odwagi. Sezon, który pokazał, że w Bilbao nie trzeba marzyć - tu po prostu się pracuje. A z tej pracy, kropla po kropli, rodzi się coś wielkiego.

 

Nie wiemy jeszcze, co przyniesie przyszłość. Ale jeśli ma smakować jak ten sezon - to czekamy z otwartymi ramionami. 

 


Autor: Marian

KOMENTARZE

Shrek
Sponsor MFM - rok 2025


Komentarzy: 1846

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Das Gott

Ranga sponsorska: Sponsor Premium

Dołączył: 2016-01-21

Poziom ostrzeżeń: -2

06-06-2025, 09:15 , ocenił powyższy materiał: mocne - Genialne, czekałem na to

Czekałem na to


Ktoś jeszcze poza mną myślał, że jest coś nie tak, bo powrót Laporte opisałeś w poprzednim blogu i tu mi coś nie grało?

W jakiej roli ustawiasz Kike Moreno?

Peter
Sponsor MFM - rok 2025


Komentarzy: 2120

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Ranga sponsorska: Sponsor Premium

Dołączył: 2017-08-15

Poziom ostrzeżeń: 0

06-06-2025, 10:59 , ocenił powyższy materiał: mocne - Ten tekst jest jak narkotyk! Więcej!

Ten tekst jest jak narkotyk! Więcej!

Marian


Komentarzy: 501

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Chluba Mój Football Manager

Dołączył: 2015-12-02

Poziom ostrzeżeń: 0

06-06-2025, 23:38

Shrek, dnia 06-06-2025, 09:15, napisał(a):
Ktoś jeszcze poza mną myślał, że jest coś nie tak, bo powrót Laporte opisałeś w poprzednim blogu i tu mi coś nie grało?
W jakiej roli ustawiasz Kike Moreno?


Opisałem dwa razy to fakt i wynika z tego, że w drugim sezonie w styczniu z nim podpisałem kontrakt a po wygaśnięciu już do mnie dołączył dlatego Laporte nie jest uwzględniony w składzie. Nie ukrywam że się zakręciłem ale to już mniejsza o to. Kike Moreno raz występuje na środku pomocy a czasem pod nieobecność Sanceta gra jako ofensywny pomocnik

Pavlito
Pierwszy Kreator Gwiazd


Komentarzy: 362

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Chluba Mój Football Manager

Ranga sponsorska: Sponsor Techniczny

Dołączył: 2022-08-07

Poziom ostrzeżeń: 0

08-06-2025, 01:02 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba

Podoba mi się twoja krajowa regularność. Kolejny sezon z pewnym awansem do Ligi Mistrzów, jak i w krajowych pucharach ulegasz tylko najlepszym. Martwi mnie tylko ta Liga Mistrzów gdzie znowu odpadasz bardzo szybko. Choć tym razem miałeś niesamowicie pechowe losowanie. Domowe spotkanie z rywalem z czwartego koszyka, a tam domyślam się że wyciągnąłeś Newcastle. Fajny ten Kike Moreno. Oby miał wysokie PA, to będziesz miał z niego genialnego pomocnika ofensywnego

weche
Redaktor Naczelny. Sponsor MFM - rok 2025, 2026, Główny Sponsor Rozgrywki Mistrzów, Mistrz Ceremonii. Szef Typera. 3. miejsce w Polsce FM 2019, Wicemistrz Polski FM 2022, Mistrz Polski FM 2023, Typer Sezonu 2019/20 - 3. miejsce, Typer EURO 2024 - 2. miejs


Komentarzy: 2216

Grupa: Moderator

Ranga: Korespondent Wojenny

Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny

Dołączył: 2017-10-19

Poziom ostrzeżeń: 0

09-06-2025, 07:51 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba

Krok po kroku. Gratki za ten sezon.
Obecnie online: brak użytkowników online
Copyright © 2015-26 by Łukasz Czyżycki