Wybrany klub / reprezentacja: Athletic Club
Opisywany sezon: 2026/27
Poziom rozgrywkowy: 1
Wersja gry: Football Manager 2024

Jesień w Bilbao pachnie przyszłością.
Bilbao, jesień 2026. Ulice mokre od porannej mżawki, kawiarnie znów pełne rozmów nie tylko o Williamsie, nie tylko o Valverde, lecz o czymś trudnym do uchwycenia - o poczuciu, że właśnie teraz, właśnie tutaj, zaczyna się coś więcej. Coś, co nie ma kształtu, ale czuć to pod skórą, w rytmie kroków prowadzących w stronę San Mames.
Stadion żyje własnym życiem - szumi od wspomnień, ale i drży od oczekiwań. Kibice nie domagają się cudów. Wystarczy im walka, tożsamość, duch. Sezon 2026/2027 miał być czasem dalszej budowy, spokojnej pracy, trzymania się zasad. Ale - jak to bywa w Bilbao - nic tu nie jest zwyczajne, gdy na trybunach czuwa duma pokoleń, a na murawie biega drużyna, która nigdy nie zapomina, kim jest.
To będzie opowieść o zespole, który nie musi gonić za błyskotkami, by lśnić. O klubie, który nie musi krzyczeć, aby go słyszano. O Athleticu - takim, jakim być powinien.
Rynek? Nie tym razem.
W epoce szalejących kwot, paniki zakupowej i medialnych telenowel transferowych nie kupiliśmy nikogo. Zero euro wydane. Zero głośnych nazwisk. Zero kompromisów. Ale nie była to bierność. To była świadoma decyzja.
Po pierwsze - filozofia klubu. Athletic to nie klub, który uległ presji rynku. To klub, który ufa swoim ludziom. Zamiast zakupów - promocje z Lezamy. Zamiast desperackich wzmocnień - cierpliwa budowa.
Po drugie - stabilność kadry. Zespół ma solidne fundamenty, zgrany kręgosłup, młodych wchodzących w dorosłość i liderów gotowych prowadzić.
Po trzecie - zaufanie do procesu. Po świetnym sezonie 2025/26 z finałem Copa del Rey i miejscem na podium w La Lidze, nie było rewolucji. I to zadziałało.
Oczywiście - były momenty, gdy mnie pytano: czy nie przydałby się jeszcze jeden napastnik? A może ktoś do rotacji na środku pola? Ale wiedziałem co robię. Postawiłem na zgranie, ciągłość i DNA klubu. I choć brakło czasem jakości, nigdy nie zabrakło charakteru.

Krótki sen o powtórce
Pucharowy sen, który rok wcześniej niósł nas aż do finałowego wieczoru, w tym sezonie zakończył się, zanim zdążył się na dobre zacząć. Zaledwie trzecia runda, zimny wieczór na Estadio Nuevo Vivero, i wynik, którego nikt się nie spodziewał. Badajoz 1 - Athletic 0.
Nie było huku. Nie było dramatu. Po prostu - mecz uciekł. Jakby między jedną akcją a drugą coś w nas zgasło. Może to był brak koncentracji, może zlekceważenie, a może po prostu magia Pucharu, która w jednej chwili nagradza tych, co wierzą bardziej. Tym razem to nie my.
Szatnia po ostatnim gwizdku nie przypominała tej z finału sprzed roku. Tam było niedowierzanie i ból po porażce na ostatniej prostej. Tu - cisza. Głucha, ciężka, pełna pytań bez odpowiedzi. Czy zrobiliśmy wszystko? Czy wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy? Czy wiedzieliśmy, z kim gramy?
Dla Badajoz to był wieczór chwały. Dla nas - przestroga. Że historia i herb nie wystarczą. Że każdy mecz trzeba wybiegać, wywalczyć, czasem i wycierpieć. Nawet ten pucharowy, zimą, daleko od domu.

Zderzenie ze ścianą
Madryt. Półfinał Superpucharu. W powietrzu unosił się zapach wielkiego meczu - może nie finału, ale czegoś, co miało smak wyjątkowości. Athletic kontra Barcelona - starcie dwóch światów. Z jeden strony zespół oparty na lokalnej dumie, wierności korzeniom i ciszy przed burzą. Z drugiej - futbolowy gigant, gdzie błysk nie gaśnie nawet wtedy, gdy gaśnie wynik.
Los nie był łaskawy. Już na starcie dostaliśmy przeciwnika, z którym nie wystarczy tylko wiara i serce. Trzeba czegoś więcej - niemal perfekcji. A tej, niestety, zabrakło.
Wynik, który mówi sam za siebie. Barcelona była lepsza - szybciej myślała, pewniej grała, nie zostawiała przestrzeni na błędy. My próbowaliśmy. Do końca. Ale czasem nie wystarczy próbować. Trzeba dominować. A to był ich dzień, nie nasz.
A jednak, nawet w porażce można znaleźć coś więcej niż tylko gorycz. Bo nie opuściliśmy głów. Bo choć wynik boli, to styl, z jakim przyjęliśmy ten cios, mówi więcej o mojej drużynie niż jakakolwiek statystyka.
Nie każdy krok prowadzi do trofeów. Ale każdy uczy. I każdy zbliża nas do momentu, w którym to my będziemy silniejsi. Bardziej uważni. Bardziej gotowi.
Bo San Mames pamięta nie tylko zwycięzców. Pamięta także tych, którzy walczą - nawet gdy wiedzą, że mogą przegrać.

Sen europejski, który zgasł w świetle Wieży Eiffla
W Bilbao o Lidze Mistrzów mówi się z szacunkiem, niemal szeptem. To nie codzienność. To świętość. A jednak, w sezonie 2026/2027, znów tam byliśmy - wśród największych, najbardziej bezwzględnych, najgłośniejszych.
Los nie był łaskawy, ale przecież my nigdy nie szukamy łatwych dróg. Bayern, Milan, Napoli, Fenerbahce, Olympiakos, Brugge, Kopenhaga oraz Sion - stół zastawiony różnorodnością futbolowej Europy. A my - z sercem większym niż budżet - usiedliśmy przy nim bez kompleksów.
Trzy zwycięstwa. Trzy remisy. Dwie minimalne porażki. Wśród nich ta najgłośniejsza - 2:1 z Milanem na San Mames, kiedy trybuny pękały z dumy. To wystarczyło, by zająć 15 miejsce i wpaść do baraży.
Przeciwnik? Znów Fenerbahce. Jakby los chciał się upewnić, że zasługujemy na więcej. I zasłużyliśmy. 2:1 w Stambule, 1:0 w Bilbao. Nie przez przypadek. Przez wiarę. Przez konsekwencję. Przez odwagę.
W 1 / 8 finału stanęliśmy naprzeciw PSG, drużyny zbudowanej z nazwisk, która miała nas zdominować na dzień dobry. Ale San Mames znów przemówił. 1:0. Tłum śpiewał, jakby przeszłość i przyszłość zlały się w jedno.
Ale w Paryżu futbol potrafi być okrutny. Już w pierwszej połowie zrozumieliśmy, że to będzie inny mecz. Inny świat. 5:1 dla PSG. Wynik, który nie oddaje naszego serca, ale pokazuje różnicę poziomów.
Nie wracaliśmy jednak ze spuszczoną głową. Wróciliśmy bogatsi - o doświadczenie, o świadomość, o pewność, że miejsce Athleticu jest właśnie tu. W Europie. Wśród najlepszych. Bo czasem marzenia się spełniają. A czasem pokazują, ile jeszcze trzeba przejść, by stały się codziennością.

21 kroków nadziei, 4 potknięcia, które bolały.
9 sierpnia. Rozgrzane powietrze Sewilli. Mecz otwarcia. Pierwszy gwizdek sezonu, który miał być… jaki? Cichym marszem? Otwartą walką? Nikt jeszcze nie wiedział. Ale wiedzieliśmy jedno - jesteśmy gotowi.
I wtedy się zaczęło.
Dwadzieścia jeden meczów bez porażki. Jakby ten zespół zapomniał, jak się przegrywa. Walczyliśmy, broniliśmy, atakowaliśmy z siłą, jakiej San Mames nie widział od lat. Każde kolejne spotkanie było krokiem w górę. Pozycja lidera? Nie marzenie - rzeczywistość.
Aż przyszła Valencia. U siebie. Tłum gotowy do świętowania, a zamiast tego - 3:1 dla gości. Pierwszy raz coś pękło. Nie dramatycznie, ale boleśnie. Chwilowe zachwianie równowagi.
Odpowiedź była godna - 3 zwycięstwa, 2 remisy. Trzymaliśmy się w grze. Aż do serii, której nikt się nie spodziewał.
Granada, Celta oraz Las Palmas. Trzy porażki. Trzy Ciosy. Z pierwszego miejsca spadliśmy na trzecie. Nagle to, co wydawało się stabilne, zaczęło się chwiać. A kibice znów przypomnieli sobie, jak cienka granica dzieli dumę od frustracji.
Od tamtej pory nie przegraliśmy już ani razu. Nawet wtedy, gdy kalendarz pod koniec sezonu był bezlitosny. 4:2 z Barceloną na San Mames - mecz jak z innej planety, kipiący energią, której nie da się podrobić. 1:1 z Realem Madryt na Bernabeu - twardy remis, zdobyty jak trofeum. I wreszcie ostatnia kolejka - 1:0 z Atleti, jak pieczęć postawiona przez drużynę, która zna swoją wartość.
3 miejsce. Znów. I choć żal tych czterech porażek, jeszcze bardziej kłują remisy z Alaves, Gironą, Almerią - mecze, które mogły dać więcej, ale dały nic poza nauką.
A jednak, gdy spojrzeć wstecz, trudno nie czuć dumy. Ten sezon nie był idealny. Ale był nasz. Zbudowany z potu, z serca, z tożsamości. I z przekonania, że Athletic to nie klub od jednej wiosny. To klub który wraca. Coraz wyżej. Coraz mocniej.


Statystyki zespołu - liczby, które mówią same za siebie
Statystyki nie kłamią. Sezon 2026/27 to popis młodzieży, stabilności liderów i zrównoważona drużyna, w której każdy miał swoje pięć minut. Urtzi Badiola wszedł z drzwiami i futryną. Nico Williams błyszczał formą, a Unai Simon jak zwykle był skałą między słupkami. Świetne liczby młodych z Lezamy tylko potwierdzają, że przyszłość już gra - i robi to dobrze.
Zespół podsumowanie sezonu
La Liga: 3 miejsce
Mecze ligowe bez porażki (od 09.08.): 21
Domowe porażki: 3 (z Valencią, Granadą i Celtą)
Zwycięstwa z Realem Sociedad: 1 (4:1)
Supercopa: półfinał
Copa del Rey: 3 runda
Liga Mistrzów: 1/8 finału
Żółte kartki: 64 kartek
Najwyższa frekwencja: 5 miejsce 51,642
Zawodnicy
Najlepszy strzelec: Oihan Sancet - 17 bramek
Najwięcej asyst: Javi Lopez - 12 asyst
Najwięcej występów: Unai Simon - 50 meczów
Młodzieżowiec sezonu: Urtzi Badiola (48 meczy, 11 goli, 8 asyst)
Żółte kartki: Dani Vivian - 8 kartek
Najwięcej strzałów: Oihan Sancet - 93 strzały (3 miejsce w La Lidze)
Synowie Lezamy
W klubach takich jak Athletic sukces mierzy się nie tylko trofeami i tabelami. Tu największym zwycięstwem jest ciągłość. Dziedziczenie wartości. Przekazywanie ducha. I nic nie symbolizuje tego lepiej niż moment, gdy chłopak w czerwono-białej koszulce rezerw wchodzi po raz pierwszy do szatni pierwszego zespołu.
Ten sezon przyniósł cztery takie momenty. Cztery nazwiska. Cztery historie. A może - cztery obietnice przyszłości.
Jagoba Etxeberria - lewy obrońca. Szybki, zwinny, pewny w odbiorze, ale to co wyróżnia go najbardziej, to chłodna głowa i piłkarska dojrzałość. Trenerzy mówią, że ma w sobie coś z Balenziagi, ale z nowoczesnym zacięciem.
Borja Llorente - środkowy obrońca, który wygląda, jakby miał już 200 meczów na poziomie La Liga. Fizycznie gotowy. Mentalnie wyprzedza wielu starszych. Gra twardo, ale nie brutalnie. Lider z natury - nie przez gesty, ale przez spokój i decyzje.
Urtzi Badiola - skrzydłowy, który tańczy z piłką przy nodze. Lewa flanka, drybling, lekkość w poruszaniu się, która przypomina młodego Muniaina. Nie zawsze jeszcze skuteczny, ale już teraz potrafi odwrócić losy meczu jedną akcją. Kibice go kochali - bo to piłkarz, który gra sercem i dla oka.
Joseba San Martin - napastnik z instynktem łowcy. Nie jest jeszcze potworem fizycznym, ale wie, gdzie spada piłka. Ma nos. Ma timing. I ma coś, czego nie da się nauczyć - naturalną zuchwałość. Wchodził z ławki, ale za każdym razem zostawiał po sobie ślad. To może być przyszłość linii ataku Los Leones.
Bilbao. Dumni. Niewygodni. Wciąż głodni
Sezon 2026/27 dobiegł końca. Za nami dziesiątki meczów, setki chwil, które definiowały naszą tożsamość. Były wzloty, były upadki. Była walka, były rozczarowania. Ale jedno pozostało niezmienne - Athletic był sobą. I to jest nasza największa wygrana.
Po finale rok temu, w Copa del Rey tym razem zimny prysznic - porażka z Badajoz w III rundzie. Ból, którego nie zapomnimy, ale który nas hartuje.
Superpuchar było zderzenie z wielką Barceloną. 1:4 - wynik, który uczy pokory, ale nie odbiera ambicji.
Liga Mistrzów to walka z Milanem, Bayernem, Napoli i innymi. Awans do baraży, dwumecz z Fenerbahce na naszą korzyść. A potem - spektakl przeciwko PSG, wygrana u siebie, ale brutalna lekcja w Paryżu. Europa pokazała, jak daleko zaszliśmy. I jak wiele jeszcze przed nami.
La Liga i marzenie o tytule żyło długo. 21 meczów bez porażki, liderowanie, triumf na Barceloną 4:2, remis z Realem w Madrycie, zwycięstwo nad Atletico na koniec sezonu. Cztery bolesne porażki. Kilka frustrujących remisów. Ale ostatecznie - 3 miejsce. Znowu. I znowu zasłużone.
Lezama. Czterech chłopaków, którzy powiedzieli: to już nasz czas. Etxeberria, Llorente, Badiola oraz San Martin - nie tylko nazwiska, ale symbole ciągłości. Symbole nadziei.
To był sezon ambitny, trudny, prawdziwy. Bez zbędnego blichtru, ale z pełną autentycznością. Taki jak Bilbao. Taki jak my. Nie ma tu medali. Ale jest coś więcej. Tożsamość. Nie ma trofeów. Ale jest coś trwalszego. Duma. A najważniejsze - to nie koniec. To dopiero kolejna stacja. Bo Athletic nie gra tylko o dziś. Athletic gra o jutro. I to jutro - zaczyna się już teraz.

Autor: Marian
Sponsor MFM - rok 2025
Komentarzy: 2120
Grupa: Wirtualny Menedżer
Ranga: Uzdolniony Praktyk
Ranga sponsorska: Sponsor Premium
Dołączył: 2017-08-15
Poziom ostrzeżeń: 0
13-06-2025, 13:42 , ocenił powyższy materiał: mocne - Ten tekst jest jak narkotyk! Więcej!
Z-ca Redaktora Naczelnego, Sponsor MFM - rok 2025, 2026, Wicemistrz Polski FM 15, Mistrz Polski FM 17, FM 19, FM 20, FM 21 i FM 22, 3. miejsce w Polsce FM 18, Typer Sezonu 2020/21 - 2.m, Typer Sezonu 2021/22 - 3.m.
Komentarzy: 11530
Grupa: Root Admin
Ranga: Ojciec Założyciel
Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny
Dołączył: 2015-03-20
Poziom ostrzeżeń: 0
13-06-2025, 15:59 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba
Komentarzy: 185
Grupa: Wirtualny Menedżer
Ranga: Uzdolniony Praktyk
Dołączył: 2019-02-12
Poziom ostrzeżeń: 0
14-06-2025, 18:41 , ocenił powyższy materiał: mocne - Genialne, czekałem na to
Z-ca Redaktora Naczelnego, Sponsor MFM - rok 2025
Komentarzy: 2341
Grupa: Moderator
Ranga: Koneser Football Managera
Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny
Dołączył: 2021-10-24
Poziom ostrzeżeń: 0
14-06-2025, 23:23 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba
Komentarzy: 238
Grupa: Wirtualny Menedżer
Ranga: Uzdolniony Praktyk
Dołączył: 2024-09-08
Poziom ostrzeżeń: 0
14-06-2025, 23:31 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się
Redaktor Naczelny. Sponsor MFM - rok 2025, 2026, Główny Sponsor Rozgrywki Mistrzów, Mistrz Ceremonii. Szef Typera. 3. miejsce w Polsce FM 2019, Wicemistrz Polski FM 2022, Mistrz Polski FM 2023, Typer Sezonu 2019/20 - 3. miejsce, Typer EURO 2024 - 2. miejs
Komentarzy: 2330
Grupa: Moderator
Ranga: Korespondent Wojenny
Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny
Dołączył: 2017-10-19
Poziom ostrzeżeń: 0
16-06-2025, 07:37 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się
Pierwszy Kreator Gwiazd
Komentarzy: 472
Grupa: Wirtualny Menedżer
Ranga: Chluba Mój Football Manager
Ranga sponsorska: Sponsor Techniczny
Dołączył: 2022-08-07
Poziom ostrzeżeń: 0
17-06-2025, 18:27 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba