BLOG UŻYTKOWNIKA - Football Manager


OCENA mocne: 7, słabe: 0
zobacz komentarze

FM26 - Kapitan

04-04-2026, 00:56 , Unikalnych wejść: 480 , autor: Jaceq91

Wybrany klub / reprezentacja: Manchester United

Opisywany sezon: Sezon III

Poziom rozgrywkowy: 1

Wersja gry: Football Manager 26

Witam, nie ukrywam, że wstrzymywałem się z publikacją tego bloga. Dlaczego? Stosunkowo duża liczba spotkań z wynikami odrealnionymi od rzeczywistości. FM26 - wypuścili update, który miał zmniejszyć częstotliwość hokejowych wyników i tu nie mam na myśli mojej drużyny, ale ogólnie nawet tych AI. Jak z tym wyszło finalnie? taktyki te same jak wcześniej, a tu nagle codziennością stało się wygrywanie 5+ bramkami, nawet z wynikiem 10:0 w ligowym spotkaniu. Zastanawiam się co dalej, zmienić taktykę, aby jakoś to zmniejszyć? Postanowiłem prześledzić inne wyniki pozostałych drużyn i nawet Arsenal czy West Ham miały w swojej historii wyniki rzędu 7:2, 8:1... i to niejednokrotnie. Nie wiem czy to urok najnowszego FM'a? Nie wiem, na szczęście mam pewien pomysł, zobaczymy jak będą wyglądały kolejne sezony, być może ten był jednym z takich nielicznych, gdzie wszystko wychodziło? Oczywiście, że z czymś takim jeżeli chodzi o wyniki mojej drużyny spotykałem się już niejednokrotnie, jednakże nigdy nie następowały one tak wcześnie. Na szczęście przytrafiały się spotkania, szczególnie te w Lidze Mistrzów, przy których trzeba było się "napocić" a końcówki tych spotkań były nerwowe... Na szczęście mam też długi weekend więc po opublikowaniu tego bloga siadam do kontynuowania tej rozgrywki, ponieważ nie ukrywam, że wciągnęła mnie ona głównie ze względu na niektóre postacie wygenerowane jak i te dodane z dodatku. Na tym kończę tą refleksję i zapraszam do lektury.

Wcześniejsze blogi:


1. Prolog

2. Sezon I

3. Sezon II

 

Transfery 2027/2028

Nazwisko Musiali padło jeszcze na końcu poprzedniego spotkania z zarządem. Wtedy było tylko jednym słowem rzuconym w powietrze, pewnego rodzaju zapowiedzią tego, co może nadejść. Prawda była jednak taka, że sam transfer nie był moją inicjatywą. To zarząd chciał głośnego nazwiska. Po odejściu Bruno brakowało w klubie kogoś, kto będzie nie tylko liderem na boisku, ale również twarzą projektu poza nim. Kogoś, kto przyciągnie uwagę świata, marketingu i kibiców. Moim zadaniem było właściwie tylko jedno - wskazać nazwisko. Wybór padł na Jamala Musialę.

To był zawodnik, który spełniał wszystkie warunki. Młody, już należący do światowej czołówki, a jednocześnie wciąż z ogromnym potencjałem rozwoju. Piłkarz, który potrafi zmienić przebieg meczu jednym dryblingiem, jedną decyzją, jednym przyspieszeniem. Transfer nie należał do tanich - 150 milionów euro oznaczało nowy rekord klubowy - ale w dzisiejszych realiach taki ruch był dokładnie tym, czego oczekiwał zarząd. Ja sam podchodziłem do tego spokojniej. Nie szukałem nowego Bruno, bo takich zawodników się nie zastępuje. Każdy musi napisać własną historię. Musiala miał po prostu stworzyć swoją.

Drugim transferem przychodzącym był Kenneth Eichhorn z Herthy Berlin. Klauzula wykupu wynosiła 19 milionów euro i została aktywowana bez większych negocjacji. To ruch zdecydowanie bardziej przyszłościowy. Eichhorn nie przychodził jako natychmiastowy lider, ale jako zawodnik, który miał powoli wchodzić do rotacji i budować swoją pozycję w zespole. Przy napiętym kalendarzu i ambicjach gry na kilku frontach szerokość składu zaczynała mieć ogromne znaczenie.

Jeśli jednak chodzi o całe lato, to równie ważne jak transfery przychodzące były odejścia.

Część zawodników po prostu coraz rzadziej pojawiała się w moich planach meczowych. Inni z kolei wzbudzali tak duże zainteresowanie na rynku, że odrzucenie ofert byłoby zwyczajnie nierozsądne.

Pierwszym głośnym ruchem było odejście Luke’a Shawa. Miał już 32 lata i po odejściu Bruno przejął opaskę kapitana, ale Tottenham przyszedł z ofertą, która - mówiąc wprost - wyglądała jak prezent. 43,5 miliona euro za zawodnika w tym wieku, przy naszej sytuacji kadrowej na lewej obronie, było propozycją trudną do odrzucenia. Tym bardziej że na tej pozycji mieliśmy już Patricka Dorgu, Kharebashviliego oraz naszego wychowanka Anthonego Griffitha, którego rozwój chciałem obserwować z dużo bliższej perspektywy.

1 lipca klub opuścił również Matheus Cunha. Atlético Madryt zapłaciło za niego 32,5 miliona euro i była to transakcja, która pasowała obu stronom. Chwilę później na Old Trafford ponownie pojawili się wysłannicy Realu Madryt. Tym razem ich celem był Bryan Mbeumo.

Pierwszy sezon w klubie miał wręcz fantastyczny. Jeden z tych, które sprawiają, że kibice natychmiast zakochują się w piłkarzu. Niestety później forma zaczęła systematycznie spadać. Gdy do tego doszedł transfer Musiali, jego rola w drużynie i tak byłaby znacznie mniejsza. Kiedy więc Real zaproponował 88 milionów euro, decyzja stała się dość oczywista. Podziękowaliśmy sobie za wspólny czas i każdy poszedł w swoją stronę.

Z klubu odeszło jeszcze kilku młodszych zawodników. Shea Lacey przeniósł się do Stuttgartu za 27 milionów euro plus bonusy, a Toby Collyer trafił do West Hamu za 10,5 miliona euro i również z pakietem zmiennych. To były ruchy, które pozwalały utrzymać zdrową strukturę kadry i jednocześnie generowały środki na dalszy rozwój zespołu.

Jednak najbardziej nietypowy transfer tego lata był zupełnie inny niż wszystkie powyższe. JJ Gabriel jest dla mnie projektem absolutnie wyjątkowym. Talent ma ogromny, ale talent to dopiero początek drogi. W pewnym momencie młody zawodnik potrzebuje czegoś więcej niż tylko treningów i meczów. Potrzebuje wzoru. Kogoś, kto pokaże mu, jak wygląda codzienność na najwyższym poziomie – profesjonalizm, dyscyplina, mentalność zwycięzcy.
Podczas spotkania z zarządem przedstawiłem im jeden pomysł. Powiedziałem, że jest jeden zawodnik, który mógłby odegrać taką rolę. W dniu gdy do nas dołączył miał 38 lat i kosztował 7,5 miliona euro. Moim jedynym argumentem było to, że jest jednym z największych profesjonalistów, jakich widziałem w świecie piłki. Człowiekiem, który przez lata utrzymywał się na absolutnym szczycie dzięki pracy, determinacji i obsesyjnej wręcz dbałości o każdy detal. Tym zawodnikiem był mój rodak - Robert Lewandowski.

Negocjacje kontraktowe były zaskakująco proste. Wiedział dokładnie, po co przychodzi. Wiedział, że nie będzie pierwszym wyborem w ataku. Wiedział też, że jego rola w projekcie będzie trochę inna niż przez większość kariery. Doskonale wiedział również, że może pomóc w rozwoju młodego napastnika. Plan był prosty. Podczas treningów mieli pracować razem, często w tej samej grupie mentorskiej. Gabriel miał obserwować każdy detal – sposób poruszania się, przygotowanie do zajęć, koncentrację, nawyki. Czy ten pomysł miał sens? Nie wiem, jak oceniliby go inni. Ja jednak wierzyłem, że jeśli JJ Gabriel ma kiedyś wspiąć się na absolutny szczyt, to nie może uczyć się tego od byle kogo.

Kapitan.

Kadra była ułożona, nowe twarze zdążyły już pojawić się w Carrington, a pierwsze treningi zaczynały pokazywać, jak ta drużyna może wyglądać w nadchodzącym sezonie. Wydawało się, że najważniejsze decyzje zostały już podjęte. Wtedy dotarło do mnie, że jedna sprawa wciąż pozostaje nierozwiązana - opaska kapitana. W ostatnim roku straciliśmy właściwie dwóch kapitanów. Zimą klub opuścił Bruno, który przez lata był naturalnym liderem zespołu. Jego miejsce przejął Luke Shaw - jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w szatni, ktoś, kto znał klub od podszewki. Problem polegał na tym, że kilka miesięcy później sprzedaliśmy również jego. Czasami zacząłem się zastanawiać półżartem, czy to jakaś klątwa.

Tak czy inaczej, drużyna znów została bez kapitana, a ja musiałem podjąć decyzję, która często bywa ważniejsza, niż wielu osobom się wydaje. Bo nie każdy świetny piłkarz nadaje się do prowadzenia drużyny. Opaska to nie tylko zaszczyt - to również odpowiedzialność, autorytet w szatni i ktoś, kto potrafi przemówić wtedy, gdy sprawy zaczynają iść w złym kierunku. Nazwisk oczywiście nie brakowało.

Pierwszym kandydatem był Diogo Costa. Bramkarz, zawodnik z doświadczeniem, bardzo silny mentalnie. Patrząc na strukturę naszej drużyny, razem z De Ligtem wydawał się najbezpieczniejszym wyborem. Problem polegał na tym, że Diogo potrafił czasami zrobić nam pod górkę swoimi boiskowymi „fikołkami”. Kilka razy przez takie decyzje lądował na ławce, a kapitan, który nie gra regularnie, szybko traci na znaczeniu.

Drugim naturalnym kandydatem był właśnie Matthijs de Ligt. Nasz dotychczasowy zastępca kapitana. Lider w defensywie, ogromne doświadczenie, właściwy charakter. Na papierze wszystko się zgadzało, ale w praktyce pojawiał się jeden problem - skład. Na środku obrony mieliśmy również Kambwalę i Yoro, a ja nie zawsze zaczynałem mecz właśnie od De Ligta. Do tego dochodziła jeszcze jedna kwestia. Wokół Matthijsa regularnie kręciły się wielkie kluby - Bayern, Inter, czasem nawet oferty z Arabii. Nie mogłem dać sobie uciąć ręki, że zostanie z nami na bardzo długo. A kapitan to ktoś, kto powinien być fundamentem projektu przynajmniej przez kilka lat.

Kolejnym nazwiskiem był Aurélien Tchouaméni. Piłkarz, który po przyjściu do klubu zrobił ogromną różnicę. Na boisku był jednym z najważniejszych elementów naszej układanki. Problem polegał na tym, że mentalnie nie był typem lidera. Nie był kimś, kto naturalnie bierze na siebie rolę prowadzenia całej drużyny.

Przez chwilę rozważałem też Tino Livramento. Zawodnik niezwykle stabilny, absolutny numer jeden na prawej obronie. Pod wieloma względami był bezpiecznym wyborem. Problem w tym, że pod względem przywództwa ustępował De Ligtowi. Czułem, że może być ważnym piłkarzem zespołu, ale niekoniecznie jego głosem w najważniejszych momentach.

Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej zaczynała pojawiać się w mojej głowie jedna, dość nieoczywista opcja - Anthony Griffith.

Jeszcze dwa lata wcześniej był zawodnikiem naszej akademii. Chłopak z tak zwanym DNA Manchesteru United. Kiedy Shaw zaczynał mieć problemy z dostępnością, nie bałem się dawać mu minut. A pod koniec sezonu sytuacja odwróciła się na tyle, że nawet gdy Shaw był gotowy do gry, to właśnie Griffith często zaczynał w pierwszym składzie. Coś w nim było. W drużynach młodzieżowych praktycznie zawsze był kapitanem. Naturalnie brał odpowiedzialność, potrafił podnieść głos, gdy trzeba było. Ktoś mógłby powiedzieć, że brakuje mu doświadczenia - nie zagrał jeszcze nawet w dorosłej reprezentacji Walii, ale może właśnie w tej odrobinie szaleństwa krył się klucz.

Anthony był niezwykle zdeterminowany. Cechy przywódcze było widać u niego gołym okiem mimo młodego wieku. Gdy wchodził na boisko, nigdy nie odstawiał nogi. Nie chował się za starszymi kolegami. Brał na siebie odpowiedzialność tak, jakby grał w tej drużynie od dziesięciu lat. Kiedy w końcu ogłosiłem decyzję w szatni, reakcje były różne.

Nie wszystkim ten wybór się podobał. To było oczywiste. W każdej drużynie są zawodnicy z większym nazwiskiem, większym doświadczeniem, większym statusem, ale jako drużyna musieli to zaakceptować. W ten sposób Manchester United dostał nowego kapitana. - a ja? Najprawdopodobniej zdecydowałem się na najodważniejszy wybór w swojej dotychczasowej karierze trenerskiej.

Anthony Griffith został najmłodszym stałym kapitanem w historii Czerwonych Diabłów. Podczas pierwszego oficjalnego meczu miał zaledwie 17 lat, 4 miesiące i 19 dni. 


(screen po zakończonym sezonie)

Maj 2028

Koniec maja w Carrington zawsze ma w sobie coś spokojnego. Sezon już się skończył, stadion na chwilę cichnie, a klub zaczyna oddychać po miesiącach intensywnej pracy. Spotkanie z zarządem było zaplanowane na 30 maja. Gdy wchodziłem do sali konferencyjnej, większość z nich była już na miejscu. Na stole leżały raporty, statystyki i szczegółowe podsumowania ostatnich miesięcy. Zwykle takie zebrania mają w sobie nutę napięcia - to moment rozliczeń. Zebranie jednak bardziej przypominało spokojną rozmowę ludzi, którzy wiedzą, że za nimi naprawdę dobry rok. Przewodniczący jako pierwszy odłożył dokumenty i spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

-No dobrze - powiedział spokojnie. - Zacznijmy od początku. Jak pan ocenia ten sezon?
Oparłem się wygodniej w krześle i przez chwilę zastanawiałem się, od czego właściwie zacząć. W końcu wybrałem coś najprostszego.
- Myślę, że zaczęliśmy go całkiem przyjemnie. - Kilka osób przy stole od razu domyśliło się, do czego piję. Chodziło oczywiście o mecz otwierający sezon czyli Tarczę Dobroczynności. Spotkanie z Arsenalem, które jeszcze w sierpniu dało nam pierwszy sygnał, że ta drużyna może być naprawdę mocna.
- Cztery do zera – przypomniał dyrektor sportowy, zerkając w statystyki na co ja skinąłem głową.

Ten mecz do dziś mam bardzo wyraźnie w pamięci. Jedno z tych spotkań, w których wszystko układa się dokładnie tak, jak zaplanujesz jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Intensywność, koncentracja i przede wszystkim pewność siebie, której w poprzednich sezonach czasami nam brakowało.
- Drugi rok z rzędu - dodał przewodniczący.
- I trudno o lepszy sposób na rozpoczęcie sezonu - odpowiedziałem.

Rozmowa płynnie przeszła do kolejnych rozgrywek. Dyrektor finansowy powoli przewracał kolejne strony raportu, aż zatrzymał się przy sekcji dotyczącej krajowych pucharów.
- Carabao Cup. Uśmiechnąłem się odruchowo. - Powoli zaczyna to być puchar Manchesteru United.
Przy stole rozległ się cichy śmiech. Trzecie zwycięstwo z rzędu w tych rozgrywkach brzmiało naprawdę dobrze, szczególnie jeśli przypomnieć sobie drogę, którą musieliśmy przejść.
Już w pierwszej rundzie los przydzielił nam wyjazd na Anfield. Liverpool u siebie, pełne trybuny i mecz, który od początku zapowiadał się jak typowe pucharowe starcie dwóch wielkich rywali.

Spotkanie było bardzo wyrównane, momentami wręcz zamknięte taktycznie. Ostatecznie wszystko rozstrzygnęły rzuty karne. - Dyrektor sportowy spojrzał na mnie z lekkim rozbawieniem.
- Jeśli dobrze pamiętam, był to pierwszy konkurs jedenastek wygrany przez pana odkąd prowadzi pan Manchester United. - Pokręciłem głową z uśmiechem.
- Dokładnie. Sam zaczynałem się zastanawiać, czy to nie jakaś klątwa. Jednakże prawdziwe emocje przyszły dopiero w półfinale.
-Dwumecz z Chelsea był dokładnie takim spotkaniem, które pokazuje, jak cienka potrafi być granica między spokojnym awansem a katastrofą. Pierwszy mecz na Old Trafford wygraliśmy 3:1 i wielu obserwatorów uznało, że sprawa jest właściwie rozstrzygnięta. Stamford Bridge szybko jednak przypomniało nam, że w piłce nic nie jest oczywiste.
- Dopiero gol w dogrywce dał nam finał - przypomniałem, wracając myślami do tamtego wieczoru.

 

W finale czekał już Jose Mourinho z Nottingham Forest – drużyną, która w tamtym sezonie była dla nas wyjątkowo niewygodna.
- Wynik wygląda imponująco - zauważył przewodniczący, zerkając w dokumenty. - 3:0.
- Zwróciłbym uwagę, że sam mecz wcale nie był taki jednostronny - odpowiedziałem. -Przez długi czas Nottingham grało bardzo dobrze. Zamykali przestrzenie, spowalniali tempo i próbowali wybić nas z rytmu. Dopiero w końcówce udało się przejąć pełną kontrolę nad spotkaniem i zamknąć wynik. Trofeum było jednak nasze – i to był najważniejszy fakt.

Nieco mniej entuzjazmu pojawiło się dopiero przy kolejnym punkcie raportu. - FA Cup.
Już po reakcjach przy stole wiedziałem, że wszyscy pamiętają tę historię aż za dobrze. W zeszłym roku kompromitująca porażka, tym razem niewiele lepiej...
- Newcastle - powiedziałem w końcu. - 1:2 i koniec przygody. Ktoś zauważył pół żartem, że w porównaniu z poprzednim sezonem przynajmniej uniknęliśmy wysokiej porażki, co wywołało krótką falę śmiechu. Wszyscy jednak wiedzieli, że FA Cup to rozgrywki, które kibice w Anglii traktują bardzo poważnie. Na szczęście był to jedyny moment sezonu, który można było uznać za rozczarowanie.

Gdy rozmowa zeszła na ligę, atmosfera przy stole zmieniła się niemal natychmiast. Wystarczyło spojrzeć na liczby. Manchester United został dopiero trzecią drużyną w historii angielskiej piłki, która wygrała Premier League bez ani jednej porażki. Sam ten fakt mówił właściwie wszystko, ale statystyki robiły jeszcze większe wrażenie.
108 punktów. 165 strzelonych bramek. - Dwa rekordy. Oczywiście nie oznaczało to, że sezon był całkowicie pozbawiony trudnych momentów. Kilka meczów naprawdę wystawiło nas na próbę.

Jak zwykle jednym z najcięższych wyjazdów był Anfield. Atmosfera na tym stadionie nigdy nie jest łatwa dla drużyny Manchesteru United i tym razem również nie było inaczej. Liverpool postawił nam bardzo trudne warunki, a mecz zakończył się remisem 2:2.

Podobnie było w północnym Londynie. Wyjazd na stadion Arsenalu zamienił się w prawdziwą strzelaninę. Tempo od pierwszej do ostatniej minuty było szalone, a ostatecznie spotkanie zakończyło się remisem 3:3.

Trzecim meczem, w którym zgubiliśmy punkty, było spotkanie na Old Trafford z Newcastle. Paradoksalnie jedno z najbardziej frustrujących, bo przez długie fragmenty kontrolowaliśmy grę, ale skończyło się remisem. Poza tym jednak drużyna była niemal perfekcyjna.

Tytuł mistrzowski przypieczętowaliśmy bardzo wcześnie ponieważ już w 32 kolejce. Na Old Trafford podejmowaliśmy Aston Villę i od pierwszej minuty było widać, że zawodnicy chcą zakończyć sprawę jeszcze tego dnia. Skończyło się 5:0.
Kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni, stadion eksplodował. Kibice wiedzieli już, że Manchester United ponownie jest mistrzem Anglii.


Los przygotował jednak jeszcze jeden symboliczny moment. - W następnej kolejce czekał nas wyjazd na Etihad Stadium. Derby Manchesteru zawsze są wyjątkowe, ale tym razem miały jeszcze jeden wymiar. Gdy wychodziliśmy z tunelu na murawę, zawodnicy Manchesteru City ustawili się w dwóch rzędach. - Mistrzowski szpaler. - dodał ktoś z dumą.


- Widok rywali klaszczących, gdy przechodziliśmy na boisko, był jednym z tych momentów, które zapamiętuje się na bardzo długo. A najlepsze było to, że na tym się nie skończyło.
- Wygraliśmy ten mecz 1:0. - wtrącił jeden z dyrektorów. - Skromnie, ale niezwykle symbolicznie, cóż temat ligi wyczerpaliśmy.

 

- Przejdźmy dalej. - W tym momencie przewodniczący przewrócił kolejną stronę raportu. - Liga Mistrzów. - Faza ligowa była perfekcyjna – zauważył dyrektor sportowy. Komplet zwycięstw. Benfica, Borussia Dortmund, Sporting, Slavia Praga, Midtjylland, Celtic, PSG i Napoli.

Gdy padła nazwa paryskiego klubu, uśmiechnąłem się pod nosem. 
- Z PSG mamy bardzo prostą zasadę - powiedziałem. - Jak gramy u siebie, wygrywamy. Jak jedziemy do Paryża, wracamy na tarczy. Kilka osób pokiwało głowami.
- Na szczęście tym razem graliśmy z nimi u siebie. - Następnie zaczęła się faza pucharowa.

 

 

W 1/8 finału trafiliśmy na Atletico Madryt. Pierwszy mecz w Hiszpanii nie ułożył się po naszej myśli - przegraliśmy i wracaliśmy do Manchesteru z poczuciem, że rewanż będzie wymagał czegoś wyjątkowego.

I rzeczywiście był wyjątkowy. Na Old Trafford rozegraliśmy jeden z tych meczów, które na długo zapisują się w historii klubu. Wszystko wychodziło nam niemal perfekcyjnie -pressing, tempo gry, skuteczność. Skończyło się 8:0. Stadion był w ekstazie, a my wiedzieliśmy już, że wchodzimy w fazę turnieju z ogromnym rozpędem.

 

Ćwierćfinał przyniósł starcie z Liverpoolem, czyli rywalem, którego w Europie zawsze traktuje się wyjątkowo poważnie. Oba mecze były niezwykle zacięte i pełne walki. Na Anfield wygraliśmy 2:1 po bardzo trudnym spotkaniu, w którym każdy metr boiska był okupiony ogromnym wysiłkiem.

Rewanż na Old Trafford również nie był łatwy, ale potrafiliśmy zachować kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Wygraliśmy 2:0.

 

Półfinał przypomniał nam, jak cienka potrafi być granica między sukcesem a porażką. Czekała na nas tam FC Barcelona.

Pierwszy mecz na Camp Nou rozpoczął się dla nas fatalnie. Gospodarze szybko objęli prowadzenie 2:0 i przez moment wyglądało to tak, jakby całkowicie przejęli kontrolę nad spotkaniem. Wtedy przypomniało mi się zdanie, które kiedyś wypowiedział Czesław Michniewicz. 2:0 to niebezpieczny wynik. I rzeczywiście tak było. Zaczęliśmy grać odważniej, szybciej przenosiliśmy piłkę do przodu i stopniowo wracaliśmy do meczu. Ostatecznie udało nam się doprowadzić do remisu 2:2 i wróciliśmy do Manchesteru z wynikiem, który zostawiał sprawę awansu całkowicie otwartą.

 

Rewanż na Old Trafford miał jednak zupełnie innego bohatera. Siedemnastoletni Gabriel. Młody zawodnik rozegrał wieczór życia. Był wszędzie – szybki, pewny siebie, bez najmniejszego śladu presji. Strzelił trzy bramki i poprowadził drużynę do zwycięstwa. Hat-trick w półfinale Ligi Mistrzów. Dzięki temu awansowaliśmy do finału. A tam czekał już scenariusz, którego nie wymyśliłby żaden scenarzysta.

 

Finał zapowiadał się wyjątkowo już na długo przed pierwszym gwizdkiem. Derby Manchesteru w finale Ligi Mistrzów to scenariusz, który jeszcze kilka lat wcześniej brzmiałby jak czysta fantastyka. Tymczasem stadion był wypełniony do ostatniego miejsca, a atmosfera przed meczem była elektryczna. I właściwie od pierwszych sekund było jasne, że to nie będzie zwykły finał.

 

- Manchester City potrzebował zaledwie dwóch minut, żeby objąć prowadzenie. Piłka szybko trafiła w pole karne, gdzie jak zawsze najlepiej odnalazł się Erling Haaland. Norweg wykorzystał moment zawahania naszej defensywy i z bliskiej odległości pokonał bramkarza. 2 minuta. 1:0 dla City.

- To był najgorszy możliwy początek. - Na szczęście nasza odpowiedź przyszła stosunkowo szybko. W 14 minucie wywalczyliśmy rzut rożny. Piłka została wrzucona w pole karne, gdzie najwyżej wyskoczył Kambwala. Jego uderzenie głową było idealne – mocne, precyzyjne i nie do obrony.

1:1.

- Mecz dopiero się zaczynał, ale tempo było niesamowite. Niestety chwilę później znów to City znalazło drogę do bramki. W 22 minucie piłka trafiła pod nogi Rodriego w okolicach dziesiątego metra. Hiszpan nie zastanawiał się długo – uderzył precyzyjnie w róg bramki i znów musieliśmy gonić wynik.

2:1 dla Manchesteru City.

- W 35 minucie przyszła jedna z najpiękniejszych akcji tego meczu. - Livramento, który otrzymał podanie od Nwaneriego, przebiegł pomiędzy dwójką obrońców robiąc jeden prosty zwód, po czym wyłożył piłkę jak na tacy Gabrielowi, a ten zdecydował się na szybki strzał. Piłka wpadła do siatki. Ponownie odrabiamy straty w tym meczu!

2:2.

- Niestety radość nie trwała długo. W 42 minucie City przeprowadziło bardzo podobną akcję. Tym razem piłka trafiła pod nogi Enzo Fernándeza, który z bliskiej odległości ponownie wyprowadził ich na prowadzenie.

Do przerwy przegrywaliśmy 3:2.

- Druga połowa była znacznie bardziej zamknięta. Obie drużyny grały ostrożniej, a sytuacji było zdecydowanie mniej. W pewnym momencie uznałem, że potrzebujemy nowej energii w środku pola. - W 66 minucie zdecydowałem się wpuścić Nico Paza. Czasami w piłce zdarzają się momenty, które wydają się niemal nierealne. Minutę później Nico był już bohaterem. Jedna z naszych akcji zakończyła się zamieszaniem w polu karnym City. Piłka trafiła właśnie do Paza, który bez chwili zawahania oddał strzał i doprowadził do remisu.

3:3.

Ten gol całkowicie odmienił dynamikę spotkania. Mecz znów przyspieszył, ale mimo kilku okazji z obu stron żadna z drużyn nie potrafiła zdobyć kolejnej bramki w regulaminowym czasie gry.

Dogrywka.

- Akcja, która do dziś mam przed oczami. - Wszystko zaczęło się od przechwytu Kharebashviliego na lewej stronie. Gruzin natychmiast ruszył do przodu i podał do Sesko. Słoweniec przyjął piłkę i odegrał ją do Lewandowskiego. Robert, jak to ma w zwyczaju, nie przetrzymywał jej ani sekundy – zagrał z pierwszej piłki z powrotem do Sesko, a ten zagrał ponad dwudziestometrowe podanie, które idealnie przecięło linię obrony City. Piłka spadła dokładnie pod nogi Nico Paza. Sam na sam. Strzał. Gol!

4:3.

Dublet Nico Paza w finale Ligi Mistrzów przeciwko Manchesterowi City. Gdy sędzia zakończył spotkanie, przez chwilę wielu z nas po prostu stało w miejscu, jakby próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło. Takie mecze nie zdarzają się często. A wygranie takiego finału… to coś, czego nie zapomina się nigdy.

W sali konferencyjnej przez chwilę panowała cisza, jakby wszyscy jeszcze raz wrócili myślami do tamtego wieczoru. W końcu przewodniczący zamknął raport i odchylił się w fotelu. 
-
 Wie pan, co jeszcze oznacza to zwycięstwo? Spojrzałem na niego pytająco.
- Klubowe mistrzostwa świata. 
Rzeczywiście - triumf w Lidze Mistrzów automatycznie dawał nam kwalifikację do tych rozgrywek.
- To będzie dla nas równie ważne wydarzenie – dodał. – Może nawet równie prestiżowe jak sama Liga Mistrzów. Skinąłem głową. Po chwili dyrektor sportowy spojrzał na mnie uważnie.


- Skoro jesteśmy już przy przyszłości… czy ma pan wstępny plan na najbliższe okno transferowe?

Pytanie było całkowicie naturalne. Tym bardziej że zimą nie dokonaliśmy żadnych zakupów.
- Na razie chcę skupić się na czymś innym – odpowiedziałem spokojnie. – Kilku zawodnikom złożyliśmy obietnice dotyczące nowych kontraktów i najpierw chcę zamknąć te sprawy. Dopiero kiedy będę wiedział, na czym dokładnie stoimy kadrowo, zacznę podejmować konkretne decyzje. - Zrobiłem krótką pauzę po czym kontynuowałem. -Szczerze mówiąc, nie przewiduję większych zmian. Mamy bardzo dobrą kadrę, a za plecami pierwszego zespołu rośnie naprawdę ciekawa grupa zawodników z akademii. Chciałbym dać im szansę.

Po tych słowach przewodniczący uśmiechnął się lekko i wstał od stołu. 
-
 Brzmi rozsądnie. - Rozejrzał się jeszcze po sali. - Panowie, myślę, że możemy uznać to spotkanie za zakończone.

Zamknął teczkę z raportem i spojrzał na mnie.
- Proszę odpocząć. Zasłużył pan
Uśmiechnąłem się tylko lekko.
Bo w piłce jest tak, że jeden sezon kończy się właściwie tylko po to, żeby zacząć planować następny. A po takim roku jak ten... 
A
petyt rośnie jeszcze bardziej.

~~

Statystyki:

Terminarz:

~~

Gość nie z tej planety zdobywca złotej piłki 3 razy z rzędu: 


48 spotkań - 57 bramek. 

Pozostałe ligi oraz transfery:

Liga Mistrzów:

Liga Europy:

Liga Konferencji:

Francja:

Hiszpania:

Holandia:

Niemcy:

Polska:

Portugalia:

Włochy:

 


Autor: Jaceq91

KOMENTARZE

przeminho
Z-ca Redaktora Naczelnego, Sponsor MFM - rok 2025


Komentarzy: 2200

Grupa: Moderator

Ranga: Koneser Football Managera

Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny

Dołączył: 2021-10-24

Poziom ostrzeżeń: 0

04-04-2026, 17:57 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się

w FM 26 to jest niestety do przewidzenia, już nie pierwszy raz widzę zarzuty, że łatwo w niej strzelać bramki, łatwo odnosić sukcesy. Jednak takiego hokeja to dawno nie widziałem:)

Im nowsze FMy, im więcej nowinek taktycznych, ulepszeń całego kreatora taktyki tym łatwiej grę zdominować. Niedługo nawet normalne ograniczenie to będzie za mało, trzeba będzie wymyślać absurdalne by choć trochę się natrudzić i rozerwać.

Fajny finał LM, no i szpalerek w lidze fajna sprawa. bo w samej Premier to emocje żadne nie?

Mahdi
Z-ca Redaktora Naczelnego, Sponsor MFM - rok 2025, 2026, Wicemistrz Polski FM 15, Mistrz Polski FM 17, FM 19, FM 20, FM 21 i FM 22, 3. miejsce w Polsce FM 18, Typer Sezonu 2020/21 - 2.m, Typer Sezonu 2021/22 - 3.m, Menedżer Miesiąca


Komentarzy: 11399

Grupa: Root Admin

Ranga: Ojciec Założyciel

Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny

Dołączył: 2015-03-20

Poziom ostrzeżeń: 0

04-04-2026, 18:44 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba

Wstęp pokazuje, że na tę wersję gry kompletnie szkoda czasu. Oczywiście wybór klubu nie pomaga, ale jeżeli największą bolączką ma być sprawienie, by wygrywać strzelając mniej goli, to coś poszło nie tak... Nie obwiniam tu Ciebie, tylko tych nieudaczników, którzy przejęli firmę po braciach Collyer. Tworzą oni produkt dla dzisiejszego nastolatka, który chciałby, aby wszystko przychodzilo łatwiutko i nie odróżnia dziury w ziemi od dziury w dopiero... Ot, takie "świąteczne" impresje" :-)
Szacunek za super blog.

Mariusz93
Sponsor MFM - rok 2026, Menedżer-Debiutant Miesiąca


Komentarzy: 25

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Ranga sponsorska: Sponsor

Dołączył: 2025-11-03

Poziom ostrzeżeń: 0

04-04-2026, 20:32 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się

Podoba mi się Twój blog, przywróciłeś chwałę Man Utd!
165 bramek w lidze to kosmos.

Jaceq91


Komentarzy: 949

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2016-04-15

Poziom ostrzeżeń: 1

04-04-2026, 21:37

@Przeminho - ciężko o emocje w lidze, kiedy praktycznie od początku jesteś na topie i wygrywasz wszystko jak leci, choć emocje pojawiały się w meczach, gdzie dopiero w końcówce np wyrównywałem z Arsenalem, chcąc już dociągnąć bez porażki taki ligowy sezon. No a w lidze mistrzów na przykład mecz z BVB z 0:2 na 3:2, odrobienie strat z Barceloną też było 0:2 i doprowadzone do 2:2 no i ten finał dał mi wiarę, że niekoniecznie będę się nudził.
@Mahdi - cóż mogę powiedzieć... poczytałem trochę i problem polega na ofensywnym ustawieniu drużyny. Ogólnie przeglądając często składy różnych zespołów to mam wrażenie, że te AI jest trochę upośledzone jeżeli chodzi o wybór składu - aktualnie patrząc na mistrzostwa Europy które się odbywają - np Anglia gra 433 - na lewej stronie stawiany jest Gabriel (który nie jest naturalnie na tą pozycję a w kadrze mają Nwaneriego, Palmera, Sakę, Dowmana czy też innych nominalnych LS/LN).
Co do wyników i taktyki u mnie. Podejrzewam, że jak zmienię nastawienie z ofensywy na kontrolę to będzie już nieco inaczej chociaż gryzie mi się to trochę z grą, ponieważ domyślam się, że pamiętasz jak grało United za SAF'a. Szybkie kontrataki po odbiorze, rzadko bawili się w coś na wzór tikitaki itp... tam cel był jeden, jak masz piłkę lecicie z nią do przodu - chciałem gdzieś to jakoś odwzorować, a pomógł mi przy tym pewien twórca.
Ogólnie uważam, że ten FM26, ma potencjał i nawet no gra się przyjemnie, o ile ukróci się te szejkowe kluby, choć nie ukrywam, że jak wyjdzie update ze zmianami i umożliwieniem prowadzenia reprezentacji to zacznę nową karierę.
Co do blogu - dzięki za docenienie. Prawda jest taka, że zajmuje mi to średnio jeden cały dzień, dlatego też była z tym zwłoka bo wrócić z pracy i zagrać 2-3 mecze i iść spać to nie problem, ale jak już mam coś napisać to wolę usiąść i skończyć go tego samego dnia, ewentualnie na drugi dzień już tylko przed publikacją sprawdzić raz jeszcze, ewentualnie wprowadzić drobne korekty.
@Mariusz93 - chwała przywrócona choć jest niedosyt, że tak szybko osiągnięty został taki pułap - ale zobaczymy co przyniesie kolejny sezon.

Jaceq91


Komentarzy: 949

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2016-04-15

Poziom ostrzeżeń: 1

04-04-2026, 22:50

Co mogę pozytywnego dodać jeszcze odnośnie tej wersji managera? To ani razu nie wyłapałem żadnego crasha gry od ostatniej wypuszczonej aktualizacji. Choć czy coś takiego nie powinno być naprawione na etapie BETA testów?

Sonny


Komentarzy: 505

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Uzdolniony Praktyk

Dołączył: 2017-08-29

Poziom ostrzeżeń: 1

05-04-2026, 08:50 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się

Ta gra w wydaniu z 26 osiagnela dno. Brawo za blog i tak dalej, ale co to za wyzwanie skoro na kilkadziesiat meczow emocje sa zaledwie w kilku z nich?

Marian


Komentarzy: 512

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Chluba Mój Football Manager

Dołączył: 2015-12-02

Poziom ostrzeżeń: 0

07-04-2026, 05:55 , ocenił powyższy materiał: mocne - Gdyby tego nie było, strona stałaby się uboższa

Blog jest super. Jeśli wyniki są za wysokie to może zmień klub co Ty na to

weche
Redaktor Naczelny. Sponsor MFM - rok 2025, 2026, Główny Sponsor Rozgrywki Mistrzów, Mistrz Ceremonii. Szef Typera. 3. miejsce w Polsce FM 2019, Wicemistrz Polski FM 2022, Mistrz Polski FM 2023, Typer Sezonu 2019/20 - 3. miejsce, Typer EURO 2024 - 2. miejs


Komentarzy: 2237

Grupa: Moderator

Ranga: Korespondent Wojenny

Ranga sponsorska: Sponsor Strategiczny

Dołączył: 2017-10-19

Poziom ostrzeżeń: 0

07-04-2026, 13:17 , ocenił powyższy materiał: mocne - Podoba mi się

Super sezon. Gratki.

Pavlito
Pierwszy Kreator Gwiazd


Komentarzy: 381

Grupa: Wirtualny Menedżer

Ranga: Chluba Mój Football Manager

Ranga sponsorska: Sponsor Techniczny

Dołączył: 2022-08-07

Poziom ostrzeżeń: 0

09-04-2026, 19:07 , ocenił powyższy materiał: mocne - Bardzo mi się podoba

No faktycznie co do wstępu to zbyt wielka siła twego zespołu troszkę zabija zabawę z obserwowania bloga. W lidze jak dobrze policzyłem średnia 4,3 bramek na mecz no i w samej Lidze Mistrzów 4 spotkania z 6+ golami to coś odrealnionego. Niemniej świetny sezon, choć nie podoba mi się oddanie Laceya. Widocznie w grze nie został doceniony potencjałem jak JJ Gabriel, czy Kai Rooney(głównie pewnie za nazwisko, Gabriel obecnie robi furorę w U18, a Rooney ma problem by grać regularnie), a swoje pierwszy występy w seniorach Lacey miał przyzwoite. Szkoda, że tej poprzeczki z Burnley, a z Brighton ożywił naszą grę. Potem dostał to czerwo bo nerwy mu puściły, ale osobiście nie mam żalu do tego chłopaka, w końcu to nastolatek. W porównaniu do ,,gwiazdorów" młodemu w tym meczu zależało
Obecnie online: weche
Copyright © 2015-26 by Łukasz Czyżycki